Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hollywood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hollywood. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 marca 2008

The Hollywood Sign zagrożony



Bezpośrednie otoczenie wzgórza Los Angeles, gdzie stoją słynne białe litery o wysokości 15 metrów, układające sie w napis "Hollywood", zostało wystawione na sprzedaż. Cena - to 22 milionów dolarów, ale z możliwością podziału terenu na pięć działek i prawem do zabudowy. Wytyczono już nawet sieć dróg.

W 2002 roku deweloper odkupił ten teren o powierzchni ok. 56 hektarów od spadkobierców Howarda Hughesa. Słynny milioner zdobył w latach czterdziestych pozwolenie na budowę, z myślą postawienia tam willi dla Ginger Rogers, podówczas swojej kochanki. Dom nigdy nie powstał, ale pozwolenie obowiązuje do tej pory...

Radni Los Angeles są oburzeni. Zasłonięcie słynnego napisu z pewnością nie przysłuży się promocji miasta. Jednak miasto nigdy nie zdołało zgromadzić środków, by odkupić ten teren.

Od 1973 roku napis jest zabytkiem. Miasto zaś chyba niespecjalnie przykładało rękę do jego ochrony. W 1978 roku zbiórkę pieniędzy na replikę konstrukcji "Hollywood" zainicjował... Hugh Hefner, wydawca Playboya. Sam wówczas wyłożył kasę na literę Y.

Znany na całym świecie napis powstał w 1923 roku jako reklama projektu budowy nieruchomości. Początkowo było to "Hollywoodland". Dziś to jeden z najsłynniejszych logotypów. Ostatnie cztery literki zostały usunięte w 1949 roku, podczas gruntownej renowacji konstrukcji, która znajdowała się już w opłakanym stanie. Co ciekawe, miasto Los Angeles optowało wtedy za całkowitym demontażem napisu. Zapobiegły temu gwałtowne protesty mieszkańców.

Źródło: HHA, Le Monde

poniedziałek, 25 lutego 2008

Demoniczny golibroda z Fleet Street

Epoka wiktoriańska nie ma najlepszej prasy. Rygoryzm moralny, obłuda obyczajowa i samozadowolenie klas uprzywilejowanych. Niewolnicza praca dzieci i niebywałe rozmiary prostytucji. Nędza zastępów ludzi pracujących w fabrykach i koszmar filantropii pławiącej się we własnym zachwycie. Koszmar przytułków dla sierot i szpitali dla obłąkanych. Światowy kolonializm i wszechobecne szubienice. Obrazki jak z Dickensa. Rozwój tabloidów i marnej literatury dla kucharek. I tak dalej.

W tej scenerii żyją i działają Sweeney Todd i pani Lovett. Kto nie znalazł się w wąskiej grupie tłustych mieszczan czy szlachty, ten nie mógł być pewny niczego. Próżno budować ułudę szczęścia osobistego. Próżno próbować wyrwać sie swojemu przeznaczeniu, jakim jest krótkie życie w biedzie i pogardzie. Próżno bronić swojej własności, gdy łapy po nią wyciąga zły sędzia Turpin. W tej sytuacji golibroda sam musi wymierzyć sprawiedliwość lubieżnikowi.

Sweeney Todd jest częścią londyńskiej legendy, podobnie jak Kuba Rozpruwacz. Czy istniał naprawdę - nie wiadomo. Początkowo był tylko seryjnym mordercą, zarzynającym swoje ofiary brzytwą. Ciała ukrywał w katakumbach pobliskiego kościoła, gdzie trafiały prosto z fryzjerskiego fotela z zapadnią. Po pewnym czasie, gdy z podziemiach zaczęło brakować miejsca, porozumiał się z panią Lovett, właścicielką piekarni. Ta sporządzała z ludzkiego mięsa farsz do swoich pasztecików. Oboje stali się bohaterami pierwszych tabloidów, a wkrótce i zagościli w masowej wyobraźni, by w niej pozostać do dzisiaj. Sweeney Todd był bohaterem dziewiętnastowiecznych penny dreadfuls, makabrycznych powieści zeszytowych.

Motyw zemsty dopisano mu dopiero w 1973 roku. Sędzia Turpin skazał go na zesłanie do Australii, by dobrać się do jego ślicznej żony. Gdy żona popełniła samobójstwo, Turpin zaopiekował się jego córką. Po 15 latach golibroda pod nowym nazwiskiem wraca do Londynu...

Akcja filmu Burtona dzieje się gdzieś w drugiej połowie XIX wieku, w "najgorszym z miejsc" jakim jest Londyn. Drapieżne miasto, szara scenografia, nędza niemal groteskowa. Obleśność i okrucieństwo Turpina - jak z najgorszych koszmarów. W tych warunkach pomysł utylizacji ciał jest oczywisty i jawi się nawet jako prywatna walka z systemem. Todd i Lovett załatwiają w ten sposób swoje sprawy. Todd szuka zemsty na wszystkich koszmarnych mieszczanach, a na Turpinie w szczególności. Pani Lovett chce uciec od biedy, znaleźć dla siebie spokojne miejsce w systemie, przenieść się nad morze i wieść niezakłócony codzienną troską żywot mieszczanki.

Oboje są jak wyrzut wiktoriańskiego sumienia. Nie bez przyczyny Sweeney Todd żyje w masowej wyobraźni od 200 lat! Todd i jego energiczna przyjaciółka uosabiają karę za różne mieszczańskie grzeszki, za wszystkie bezeceństwa popełniane na mocy wysokiej pozycji społecznej, tkwiące gdzieś w zbiorowej nieświadomości. Przez krótką chwilę wyrównują rachunki; my wiemy i wy wiecie, że zasługujecie na pogardę, Szacowni Obywatele, a wasza śmierć nie będzie wyglądała lepiej niż śmierć zarzynanego wieprza. Klienci pani Lovett też nie są niewinni: zainteresowani tylko pasieniem brzuchów, nie spostrzegają do końca, że spożywają ludzkie mięso. Krótki karnawał dwójki buntowników, z których każdy na swój sposób mocuje się z zepsutym systemem, musi zakończyć się klęską. Śmierć poniesie Turpin, ale nie tysiące jemu podobnych. Ciachanie brzytwą golibrody i zachłanne ciułanie piekarki koniec końców niewiele zmieni, bo nie zburzy panującego porządku. Muszą więc zginąć - system zresztą nie będzie się trudził, by odrąbywać podniesione nań ręce. Każde z nich zginie od swojej broni, piekarka skończy w piecu, a golibroda z poderżniętym gardłem.

wtorek, 19 lutego 2008

Imprezka u Audrey

"Śniadanie u Tiffany'ego". Najchętniej bym zamieszkała w tym filmie. A gdyby się nie dało, chciałabym chociaż znaleźć się na przyjęciu u Holly. Na tym, gdzie goście przyszli w wieczorowych strojach, co chwila ktoś donosi skrzynki alkoholu, a narąbana gościówa na przemian śmieje się i płacze do lustra. Jednej pani ktoś niechcący podpala kapelusz i równie niechcący gasi szampanem, a ona nic nie zauważa. Pod prysznicem obściskuje się parka. Po odsunięciu zasłony nakryty facet mamrocze o złodziejach biżuterii. W tym samym momencie w salonie dama, której właśnie urwał sie film, pada jak długa na podłogę. A wszystko obserwuje z bezpiecznej wysokości Kot. Ten bezimienny.




I w ogóle, absolutnie nie przeszkadza mi, że zmieniono zakończenie opowiadania Capote'a. Tym sposobem film stał się chyba komedią romantyczną? Nietypową. Bo i Holly była nietypowa.

czwartek, 22 listopada 2007

Dreamgirls

Powiedzmy sobie szczerze: "Chicago" było przekombinowane. Ale "Dreamgirls" tego samego reżysera to jest to, co niespieszne spacerowiczki lubią najbardziej.
Jako musical, Dreamgirls nie przeciera nowych szlaków. W sposobie narracji - też nie. Ale skoro wygrywamy dobrze poprowadzoną, choć faktycznie niezbyt odkrywczą historię i niebanalne piosenki, to co z tego?

Warto jednak spojrzeć na ten film w kontekście czarnej amerykańskiej historii z gorącego okresu lat 60. i 70. Otóż pierwotnie "Dreamgirls" to był popularny broadwayowski musical, podobnie jak Chicago). Opowiadał historię wzlotów i upadków czarnego zespołu pop. W połowie lat 60. przychodzi moda na nowe brzmienia w muzyce, ale to też schyłek segregacji rasowej. Czarni piosenkarze mają szansę wreszcie zaistnieć w mainstreamie. Wiąże się to oczywiście z kompromisami artystycznymi, dopasowywaniem się do "białego" gustu, godzeniem się na plagiaty i granie do kotleta przy wtórze rasistowskich dowcipów, napięciami w zespole itd.

Ale się udało. Z zespołu wyleciała Effie o charakterystycznym mocnym głosie, a liderką została piękna i zgrabna Deena, "głos bez właściwości". Po tej zmianie The Dreams zaczęły robić oszałamiającą karierę, a jego menedżer Curtis w ciągu dziesięciu lat zbudował wpływową wytwórnię muzyczną, symbol czarnego sukcesu w muzyce pop. Bajka sie spełnia, nasi bohaterowie są sławni i bogaci, z zewnątrz wszystko wygląda pięknie. Wewnątrz wytwórni dzieje sie źle. Piosenkarze nie chcą być muzycznymi wyrobnikami i chętnie by zmienili swój sceniczny wizerunek, ale ambitny menedżer nie pozwala. Jimmy Early, solista, umiera z przedawkowania narkotyków. Lada chwila i Dreams się rozpadną.

Przed decydującą zmianą w zespole, uczynieniem liderką Deeny, przyjaciele śpiewają Effie "we are the family like a giant tree" aby nakłonić ją do ustąpienia. Taka zmiana miała wygładzić wizerunek zespołu i zapewnić sukces wśród szerszej widowni. Tak się stało, ale Effie nie wytrzymała długo coraz bardziej spychana na drugi i trzeci plan. "We are the family" zespołu Dreams w nowym składzie staje się klasycznym message songiem, piosenką z przesłaniem skierowaną do czarnych braci i sióstr. Zwroty "bracie" i "siostro" padają w filmie zresztą bardzo często, nawet gdy dawni przyjaciele są już od siebie bardzo oddaleni. Zwrot mający oddawać wspólną dla wszystkich Afroamerykanów ideę emancypacji brzmi teraz w ich ustach bardzo fałszywie. Kolejny message song, "Patience" ("we must walk in peace..."), w ogóle nie ujrzy światła dziennego, bo zdaniem Curtisa muzyka ma się sprzedawać, a nie przekazywać jakieś wartości.

Autor musicalu dopisał na potrzeby filmu cztery piosenki: wspomniany "Patience", "Love you I do", "Perfect world" śpiewane przez dziecięcą gwiazdę w stylu małego Michaela Jacksona oraz "Listen" wykonywane przez Deenę (Beyonce Knowles), kiedy zdecydowała się opuścić Curtisa, swego męża i menedżera, który ją wypromował. Trzeba przyznać, że ścieżka dźwiękowa nie jest dokładnym odtworzeniem trendów muzycznych lat 60. i 70. a "Listen" brzmi jak piosenka młodej Whitney Huston. Co pewnie jest zgodne z zamierzeniem twórców i ukłonem w stronę dzisiejszej publiczności (po co pisać piosenki w stylu lat 70. skoro i tak będą brzmiały jak parodia? no i kto dziś słucha The Supremes?). Za to udało się zachować autentyczność gdzie indziej - historia kariery zespołu, indywidualne losy kilkorga przyjaciół, którzy mieli Sen - są całkowicie wiarygodne. Duża w tym zasługa aktorów, zwłaszcza Jamiego Foxxa, Eddiego Murphy i Jennifer Hudson. Ta ostatnia, znana wcześniej jako zwyciężczyni amerykańskiego Idola, została uhonorowana Oscarem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...