„Film oparty na faktach” – głosi każda wzmianka o „Układzie zamkniętym”. Dawno nie widziałam promocji filmu opartej w takim stopniu na wywiadach z twórcami, aktorami czy bohaterami pierwotnej historii. Trochę zamieszania było przy Pokłosiu, ale jednak, mam wrażenie że mniej, poza tym wtedy komentarze były spolaryzowane. Tym razem wszyscy są zgodni: historia jak najbardziej prawdziwa, nie budząca wątpliwości, budząca za to zgodne oburzenie na aparat państwa dlatego pewnym nietaktem byłoby wspominać, że fakty na potrzeby filmu zostały podkoloryzowane. Prawdą jest, że w oryginalnej wersji wydarzeń kontrole skarbowe i aresztowanie właścicieli doprowadziły do upadku firmy, po czym po latach okazało się, że zarzuty były bezpodstawne, a poszkodowanym za opieszałość w śledztwie wypłacono po 10 tys. zł. Tyle. Film jednak sugeruje coś innego: prokurator z naczelnikiem urzędu skarbowego i pod egidą ministra (zakładam, że sprawiedliwości) od początku zamierzali przejąć majątek firmy przez podstawioną spółkę offshore, w której mieli udziały. Do dzieła zabrali się z energią i ze znawstwem z jednej strony, z drugiej wykazując niedbalstwo i indolencję niegodne zawodowców. O czym za chwilę.
„Układ zamknięty” już przed premierą stał się argumentem, że na szczytach, wyżynach i nizinach władzy zasiada mafia, gotowa wykończyć każdego uczciwego przedsiębiorcę, jeśli tylko będzie miała taką ochotę. Zwolennicy teorii spiskowej z każdej frakcji znajdą coś dla siebie. Jedni zauważą, że do układu należą aparatczycy umoczeni w PRL po uszy (to byłoby nawiązanie do afer a czasów SLD), inni zobaczą krytykę PiS i Ziobry („CBA węszy” – pada hasło, choć teoretycznie akcja dzieje się w czasach przed CBA), jeszcze inni wszechobecne macki Tuskolandii (w filmie mamy układ pomorski jako żywo). Dodatkowo promocja filmu i komentarze w internecie równie chętnie tropią spisek. A dlaczego PISF nie dał pieniędzy na produkcję? A dlaczego producent i sponsorzy mieli kontrolę skarbową? A dlaczego głównym sponsorem został SKOK? A dlaczego znaczące zdanie po angielsku, jakie pada pod koniec filmu, nie zostało przetłumaczone? Ryszard Bugajski chętnie opowiada, jak to ktoś „z wyżyn władzy” ostrzegał go przed kręceniem filmu, a przy okazji premiery lansuje się stowarzyszenie poszkodowanych. Zabrakło tylko informacji, że kina bały się puszczać niewygodny film (trudno byłoby; pewnie będzie rekord frekwencyjny na otwarciu). Mamy więc schizofreniczną sytuację: z jednej strony atmosfera cenzury, tłumienia wolności twórczej i kneblowanie ust przez wiadome koła, z drugiej – temat, który od tygodnia czy dwóch dominuje. Nawiasem mówiąc, nagroda od organizacji przedsiębiorców „za odwagę w mówieniu prawdy o problemach polskiego biznesu” też wygląda dwuznacznie.
Żeby nie było: Układ zamknięty mi się podobał, choć nie bez zastrzeżeń. Brawa należą się całej obsadzie, w tym Gajosowi, który wyjątkowo dobrze sprawdza się w rolach kanalii. Świetnie wypadł Wojciech Żołądkiewicz, po raz pierwszy w tak dużej roli w kinie. Zdjęcia bardzo dobre, dialogi przeważnie udane, co nie jest taką oczywistością. Brakuje mi za to głównego bohatera. Niby jest nim prokurator grany przez Gajosa, ale taki czarny charakter zasługiwałby na przeciwwagę. Tymczasem obóz dobrych mocno rozbity, żaden wśród trzech biznesmenów nie jest centralną postacią, a żona jednego z nich i dziennikarz śledczy pozostają na jeszcze dalszym planie. Deszcz klęsk hiobowych spadających na biznesmenów zdecydowanie ponad normę (żebyśmy czasem nie zapomnieli, że mamy im współczuć). Denerwuje trochę genialne rodzeństwo (on – innowacyjny informatyk, ona – primadonna światowych oper, jakby nie mogli być nieco bardziej zwyczajni). Intryga sięgająca aż do marca 1968 chyba zbyt przekombinowana. Widz ma uznać, że chodzi o zemstę po latach czy też o ostateczne stłumienie dawnych wyrzutów sumienia. Nie bardzo też chce się wierzyć, że nasz układ przez długi czas nie wiedział, kto w przejmowanej firmie ma jedną trzecią głosów. Niby to była informacja zapisana na szyfrowanych dyskach, ale w spółce akcyjnej (notowanej na giełdzie, w co też trochę powątpiewam) takie dane są całkowicie jawne. Kontrolerzy skarbowi przez pół roku nie zorientowali się, że sprzęt firmy nie jest tak naprawdę jej własnością – rzekomo dlatego, że część dokumentów była po duńsku. Najwidoczniej scenarzysta mało wie o księgach rachunkowych i amortyzacji sprzętu trwałego.
Czyli: jak zwykle, tradycyjnie narzekam na stopień wiarygodności przedstawionych wydarzeń. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Czemu oglądając „Chciwość” (Margin Call) ledwo nadążam za tempem akcji i podawania informacji z dziedziny, na której słabo się znam, a w „Układzie zamkniętym” jestem w stanie wychwycić szkolne błędy? Czemu w polskim thrillerze po raz kolejny, po „Uwikłaniu” na przykład, oglądam intrygę sięgającą PRL i komunistycznego aparatu? To nie robi się już nudne?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie kino. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 kwietnia 2013
piątek, 20 lutego 2009
Popiełuszko. Wolność jest w nas
Polska specjalność to kręcenie filmów na kolanach i oglądanych na kolanach. I oto kolejna specialité de la maison, czyli Popiełuszko.
Reżyser bez żenady zresztą się do tego przyznaje. „Głównym celem tego filmu jest danie świadectwa o Księdzu Jerzym”. Film „Popiełuszko” zrobiłem dlatego, że uważam, iż Ksiądz Jerzy powinien mieć o sobie film zrobiony z rozmachem, opisujący również ówczesny kontekst historyczny”.
Rzeczywiście trudno mówić o księdzu Popiełuszce bez kontekstu historycznego. Nawet tego trochę jest – Solidarność, stan wojenny, wszechobecna SB.
Rafał Wieczyński: „Najłatwiejszym rozwiązaniem byłoby patrzenie z dzisiejszej perspektywy, czyli np. opowiedzenie historii dziennikarza, który chce się czegoś dowiedzieć, dojść do jakichś informacji na temat Księdza. Ten sposób przedstawienia jednak za bardzo dystansowałby do osoby bohatera”. Czy tak rzeczywiście byłoby najłatwiej? Chyba wręcz przeciwnie. Twórcy poszli najprostszą drogą, robiąc film niemal hagiograficzny, prostą rekonstrukcję zdarzeń, opowiedzianą z niewiadomo czyjej perspektywy. Trochę księdza, trochę osób, które go znały, trochę prymasa Glempa itd. Żadnej niuanserii, czy broń Boże wygibasów myślowych. Trochę ciekawiej robi się na koniec, gdy atmosfera gęstnieje, wokół księdza zaciska się już sieć esbecji, pojawiają się ciekawsze dialogi, postacie nabierają życia.
Jest w filmie trochę zdjęć archiwalnych, dążono nawet do efektu przenikania zdjęć dokumentalnych z archiwalnymi. I tu postarano się o dokładność. Twórcy Wykorzystali nawet łącza satelitarne by ustalić, gdzie stały kamery, które w stanie wojennym rejestrowały manifestacje i starcia z milicją. Gdybyż z taką starannością dopracowano scenariusz…
Bo scenariusz to najsłabsza strona filmu. Papierowi bohaterowie, z nielicznymi wyjątkami drętwe dialogi, podział na dobrych i złych. Nie pożałowano za to pieniędzy na statystów. Tłumy przed kościołem to faktycznie tłumy, bitwy z ZOMO też nie wyglądają dziadowsko. Przy okazji premiery „Konia trojańskiego” Juliusz Machulski żalił się jak trudno było zrekonstruować – po zaledwie 20 latach – PRL w obrazach. Wybrnął z tego nie najgorzej, ale scenografom i kostiumologom z Popiełuszki udało się to nawet lepiej. Są nieremotonowane kawalerki zza Żelaznej Bramy, brzydkie klatki schodowe, tandetne domki letniskowe z dykty, ogromne ilości maluchów, syrenek i nysek. Dużym atutem są sceny kręcone na Jasnej Górze czy w kościele Stanisława Kostki na Żoliborzu.
Jest parę błędów obsadowych. Największy bodaj to prymas Glemp w roli prymasa Glempa, który wypowiada się niemal jak jakaś wyrocznia. Nieprzekonująco wypadli Maja Komorowska jako Maja Komorowska i Kazimierz Kaczor jako Kazimierz Kaczor. Czytają z ambony lub stoją pod ścianą na mszy jako memento, że byli nieugięci aktorzy, którzy spoglądali na komunizm z góry. Lech Wałęsa za to wiedział co robi i nie zagrał siebie. Ale dostał za swoje. Jego dublerem był gruby facet o monstrualnych pekaesach, wyglądający na sześćdziesiąt lat. Wałęsa był w ‘82 młody i szczupły!
Popiełuszko był od początku pomyślany jako film – pigułka. Można z niego poznać dokładnie dzieje życia księdza. Ale nie dowiecie się, dlaczego nagle wyrósł na kapelana Solidarności, jak to się stało, że chłopak z podlaskiej wsi trafiał na nie byle jakie parafie warszawskie, aż w końcu wylądował na Żoliborzu. Czy gdyby miał parafię na Grochowie, też gromadziłby takie tłumy na mszach? Czy w ogóle gdzie indziej powstałaby idea mszy za ojczyznę?
Niezbyt pochlebnie jest pokazany Kościół, i to chyba był efekt niezamierzony. Ksiądz Popiełuszko był samotny. Dostojnicy kościelni go opieprzali, że za bardzo się wychyla. Proszę bardzo, niech zorganizuje pielgrzymkę, ale te manifestacje i pochody, tylko mamy kłopoty przez niego z Ministerstwem Wyznań. To w latach 80. Kościół zyskał późniejszą pozycję, głównie dzięki autorytetowi Karola Wojtyły i takim niepokornym jak Popiełuszko. Dzięki nim ksiądz mógł bezkarnie wydrzeć się na „komucha” że ten nie umie się zwracać do duchowieństwa. Bo Polak – katolik. Bo od tysiąca lat. W filmie widać też różnicę między „dołem” i „górą” Kościoła. W pokoju księdza na Żoliborzu – swojsko i niedogmatycznie. W episkopacie – połajanki, zakazy, ojcowskie (by nie powiedzieć paternalistyczne) rozmowy z Glempem.
Miał być zwykły sympatyczny chłopak w kożuchu. No i jest, tyle że papierowy i nie zmienią tego czytane z offu prywatne modlitwy księdza (dosyć denerwujący zabieg). Końcówka filmu nie podkręcona, scena zabójstwa bardzo naturalistyczna. A ja i tak zastanawiam się, kim dziś byłby Popiełuszko w Kościele, gdyby go nie zabili.
Reżyser bez żenady zresztą się do tego przyznaje. „Głównym celem tego filmu jest danie świadectwa o Księdzu Jerzym”. Film „Popiełuszko” zrobiłem dlatego, że uważam, iż Ksiądz Jerzy powinien mieć o sobie film zrobiony z rozmachem, opisujący również ówczesny kontekst historyczny”.
Rzeczywiście trudno mówić o księdzu Popiełuszce bez kontekstu historycznego. Nawet tego trochę jest – Solidarność, stan wojenny, wszechobecna SB.
Rafał Wieczyński: „Najłatwiejszym rozwiązaniem byłoby patrzenie z dzisiejszej perspektywy, czyli np. opowiedzenie historii dziennikarza, który chce się czegoś dowiedzieć, dojść do jakichś informacji na temat Księdza. Ten sposób przedstawienia jednak za bardzo dystansowałby do osoby bohatera”. Czy tak rzeczywiście byłoby najłatwiej? Chyba wręcz przeciwnie. Twórcy poszli najprostszą drogą, robiąc film niemal hagiograficzny, prostą rekonstrukcję zdarzeń, opowiedzianą z niewiadomo czyjej perspektywy. Trochę księdza, trochę osób, które go znały, trochę prymasa Glempa itd. Żadnej niuanserii, czy broń Boże wygibasów myślowych. Trochę ciekawiej robi się na koniec, gdy atmosfera gęstnieje, wokół księdza zaciska się już sieć esbecji, pojawiają się ciekawsze dialogi, postacie nabierają życia.
Jest w filmie trochę zdjęć archiwalnych, dążono nawet do efektu przenikania zdjęć dokumentalnych z archiwalnymi. I tu postarano się o dokładność. Twórcy Wykorzystali nawet łącza satelitarne by ustalić, gdzie stały kamery, które w stanie wojennym rejestrowały manifestacje i starcia z milicją. Gdybyż z taką starannością dopracowano scenariusz…
Bo scenariusz to najsłabsza strona filmu. Papierowi bohaterowie, z nielicznymi wyjątkami drętwe dialogi, podział na dobrych i złych. Nie pożałowano za to pieniędzy na statystów. Tłumy przed kościołem to faktycznie tłumy, bitwy z ZOMO też nie wyglądają dziadowsko. Przy okazji premiery „Konia trojańskiego” Juliusz Machulski żalił się jak trudno było zrekonstruować – po zaledwie 20 latach – PRL w obrazach. Wybrnął z tego nie najgorzej, ale scenografom i kostiumologom z Popiełuszki udało się to nawet lepiej. Są nieremotonowane kawalerki zza Żelaznej Bramy, brzydkie klatki schodowe, tandetne domki letniskowe z dykty, ogromne ilości maluchów, syrenek i nysek. Dużym atutem są sceny kręcone na Jasnej Górze czy w kościele Stanisława Kostki na Żoliborzu.
Jest parę błędów obsadowych. Największy bodaj to prymas Glemp w roli prymasa Glempa, który wypowiada się niemal jak jakaś wyrocznia. Nieprzekonująco wypadli Maja Komorowska jako Maja Komorowska i Kazimierz Kaczor jako Kazimierz Kaczor. Czytają z ambony lub stoją pod ścianą na mszy jako memento, że byli nieugięci aktorzy, którzy spoglądali na komunizm z góry. Lech Wałęsa za to wiedział co robi i nie zagrał siebie. Ale dostał za swoje. Jego dublerem był gruby facet o monstrualnych pekaesach, wyglądający na sześćdziesiąt lat. Wałęsa był w ‘82 młody i szczupły!
Popiełuszko był od początku pomyślany jako film – pigułka. Można z niego poznać dokładnie dzieje życia księdza. Ale nie dowiecie się, dlaczego nagle wyrósł na kapelana Solidarności, jak to się stało, że chłopak z podlaskiej wsi trafiał na nie byle jakie parafie warszawskie, aż w końcu wylądował na Żoliborzu. Czy gdyby miał parafię na Grochowie, też gromadziłby takie tłumy na mszach? Czy w ogóle gdzie indziej powstałaby idea mszy za ojczyznę?
Niezbyt pochlebnie jest pokazany Kościół, i to chyba był efekt niezamierzony. Ksiądz Popiełuszko był samotny. Dostojnicy kościelni go opieprzali, że za bardzo się wychyla. Proszę bardzo, niech zorganizuje pielgrzymkę, ale te manifestacje i pochody, tylko mamy kłopoty przez niego z Ministerstwem Wyznań. To w latach 80. Kościół zyskał późniejszą pozycję, głównie dzięki autorytetowi Karola Wojtyły i takim niepokornym jak Popiełuszko. Dzięki nim ksiądz mógł bezkarnie wydrzeć się na „komucha” że ten nie umie się zwracać do duchowieństwa. Bo Polak – katolik. Bo od tysiąca lat. W filmie widać też różnicę między „dołem” i „górą” Kościoła. W pokoju księdza na Żoliborzu – swojsko i niedogmatycznie. W episkopacie – połajanki, zakazy, ojcowskie (by nie powiedzieć paternalistyczne) rozmowy z Glempem.
Miał być zwykły sympatyczny chłopak w kożuchu. No i jest, tyle że papierowy i nie zmienią tego czytane z offu prywatne modlitwy księdza (dosyć denerwujący zabieg). Końcówka filmu nie podkręcona, scena zabójstwa bardzo naturalistyczna. A ja i tak zastanawiam się, kim dziś byłby Popiełuszko w Kościele, gdyby go nie zabili.
piątek, 1 sierpnia 2008
Duet Konecki - Saramonowicz znowu w akcji
Po Testostereonie i Lejdis najbardziej trendy twórcy filmowi startują z kolejną komedią damsko - męską, mającą łamać stereotypy itp. "Idealny facet dla mojej dziewczyny" ma być "komedią psychoerotyczną". Będzie to film o miłości od pierwszego wejrzenia i o tym, że ludzie pochodzący z bardzo różnych środowisk mogą być razem, pomimo przeciwności losu, przyzwyczajeń i poglądów.
Luna jest instruktorką sztuki walki krav maga, feministką i przyjaciółką feministek. Ma za sobą wieloletni romans z żonatym dziennikarzem. Kostek jest kompozytorem muzyki sakralnej, pochodzi z tradycyjnej katolickiej rodziny a po nieudanym narzeczeństwie żyje w samotności.
Pojawi się wątek występu w filmie erotycznym - taką propozycję dostanie Luna. "Nie kręcimy filmu porno, lecz komedię, której akcja częściowo toczy się na planie takiego filmu - zaznacza Andrzej Saramonowicz. Nihil novi, przypomnijmy To właśnie miłość. Zarys akcji nie rzuca na kolana, by nie powiedzieć, że jest mocno wtórny. Całość pewnie będzie się opierała - jak zwykle u tego duetu - na ciętych dialogach, zwariowanych zwrotach akcji, aluzjach do naszej rzeczywistości i absurdalnym humorze.
Główne role zagrają Magda Boczarska i Marcin Dorociński. Zestaw pozostałych nazwisk robi wrażenie, choć jest przewidywalny - Tomasz Karolak, Kinga Preis, Iza Kuna, Krzysztof Globisz, Tomasz Kot, Danuta Stenka, Magdalena Różczka, Maria Seweryn. Stenka zagra podwójną rolę - bliźniaczek, ciotek Kostka. Jedna to kobieta zasadnicza i konserwatywna, wspiera wpływowego duchownego (któż to może być?), druga z sióstr leczy się w szpitalu psychiatrycznym.
Podejdę do sprawy obsady plotkarsko i dodam, że rolę żonatego dziennikarza, z którym romansuje Luna, zagra Karolak - wieloletni chłopak Boczarskiej, zanim rzucił ją dla modelki. Kuna zagra przywódczynię polskich feministek, czyli zapewne jakiś klon Kazi Szczuki.
Zdjęcia ruszają 5 sierpnia w Częstochowie (sceną wejścia pielgrzymek na Jasną Górę) i potrwają do 6 października. Premiera jest przewidziana na 30 stycznia 2009, zatem film dołącza do walentynkowego peletonu, gdzie już miejsca zajęły Koń trojański i Miłość na wybiegu.
Luna jest instruktorką sztuki walki krav maga, feministką i przyjaciółką feministek. Ma za sobą wieloletni romans z żonatym dziennikarzem. Kostek jest kompozytorem muzyki sakralnej, pochodzi z tradycyjnej katolickiej rodziny a po nieudanym narzeczeństwie żyje w samotności.
Pojawi się wątek występu w filmie erotycznym - taką propozycję dostanie Luna. "Nie kręcimy filmu porno, lecz komedię, której akcja częściowo toczy się na planie takiego filmu - zaznacza Andrzej Saramonowicz. Nihil novi, przypomnijmy To właśnie miłość. Zarys akcji nie rzuca na kolana, by nie powiedzieć, że jest mocno wtórny. Całość pewnie będzie się opierała - jak zwykle u tego duetu - na ciętych dialogach, zwariowanych zwrotach akcji, aluzjach do naszej rzeczywistości i absurdalnym humorze.
Główne role zagrają Magda Boczarska i Marcin Dorociński. Zestaw pozostałych nazwisk robi wrażenie, choć jest przewidywalny - Tomasz Karolak, Kinga Preis, Iza Kuna, Krzysztof Globisz, Tomasz Kot, Danuta Stenka, Magdalena Różczka, Maria Seweryn. Stenka zagra podwójną rolę - bliźniaczek, ciotek Kostka. Jedna to kobieta zasadnicza i konserwatywna, wspiera wpływowego duchownego (któż to może być?), druga z sióstr leczy się w szpitalu psychiatrycznym.
Podejdę do sprawy obsady plotkarsko i dodam, że rolę żonatego dziennikarza, z którym romansuje Luna, zagra Karolak - wieloletni chłopak Boczarskiej, zanim rzucił ją dla modelki. Kuna zagra przywódczynię polskich feministek, czyli zapewne jakiś klon Kazi Szczuki.
Zdjęcia ruszają 5 sierpnia w Częstochowie (sceną wejścia pielgrzymek na Jasną Górę) i potrwają do 6 października. Premiera jest przewidziana na 30 stycznia 2009, zatem film dołącza do walentynkowego peletonu, gdzie już miejsca zajęły Koń trojański i Miłość na wybiegu.
środa, 2 lipca 2008
Komedia prokreacyjna
Zwykle zwiastuny podobają mi się bardziej niż filmy. A czego mogę się spodziewać po filmie, którego zwiastun jest denny? Zanosi się na komedię mało śmieszną, z kiepskim aktorstwem i jadącą stereotypami.
Temat prokreacji w polskim filmie ostatnio jest dość mocno wyeksploatowany (Tylko mnie kochaj, Mała wielka miłość, Rozmowy nocą). Motyw nieplanowanej ciąży, która scala związek, co rusz pojawia się też w serialach.
Premiera "Jak żyć" 18 lipca. Reżyserski debiut Szymona Jakubowskiego. W rolach głównych Anna Cieślak, która już nie powalała w Dlaczego nie (by nie powiedzieć, że była kompletnie nieprzekonująca) i Krzysztof Ogłoza. Zapowiada się hit lata.
czwartek, 12 czerwca 2008
Devil wears Prada po polsku
Coś dziwnego dzieje się z polskim kinem rozrywkowym. Zatrzęsienie komedii romantycznych i filmów kryminalnych. Niby od strony produkcyjnej stoją na coraz lepszym poziomie. Jednak brak w tym wszystkim rozpoznawalnego stylu, mówienia własnym głosem. Nie licząc może duetu Saramonowicz - Konecki, kalki, nuda, powtarzalność i niewiara w elementarną inteligencję widza. Palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie dzierży Jeszcze raz i chyba ten rekord będzie trudno pobić (wieczna optymistka ze mnie). Płaskie, jadące po łebkach Nie kłam kochanie. Nielogiczne Rozmowy nocą. Ciężkie jak ciasto z zakalcem Ja wam pokażę.
TVN, po upojnym sukcesie kolejnych edycji Tańca z gwiazdami przygotowuje na jesień kinową produkcję Kochaj i tańcz. Nietrudno się domyślić, ze wzięło sobie do serca powodzenie Step up. Ale to nie wszystko, co nas czeka, drodzy widzowie wierzący w polskie kino! Kolejna "komedia romantyczna" wprowadzi nas w świat wielkiej mody. Nie inaczej. Ma to wręcz być Diabeł ubiera się u Prady po polsku. Zważywszy, że akurat ten film daleki jest od konwencji komedii romantycznej, zadanie jest lekko karkołomne.
"Diabeł" to film o o inicjacji prymuski na rynku pracy i w drapieżnym świecie. Przez rok harówki dla wariatki z magazynu o modzie ma szansę poznać siebie, swoje ambicje i talenty. W nagrodę traci chłopaka, a nawet dwóch. O czym ma być "Miłość na wybiegu"? Młoda dziewczyna chce wejść do świata mody, zostając modelką, a zblazowany fotograf chce z niego wyjść. Gdy się poznają, ona ma o nim jak najgorsze zdanie. Jednak po wspólnej sesji zdjęciowej stwierdza, że sie myliła. Uczucie rozkwita. Wtedy do akcji wkraczają dwie harpie, które chcą zdusić młodą miłość w zarodku. Uczucia modelki i fotografa zostaną poddane poważnej próbie... bla bla bla.
Coś mi mówi, że po licznych zwrotach akcji zakończenie będzie szczęśliwe. Co do obsady, mam mieszane uczucia. Marcin Dorociński jako fotograf Kacper. Jako modelka Julia, pierwszy raz na ekranie Karolina Gorczyca. Dalej - Iza Kuna (brawo!) i Urszula Grabowska (Karusia z Przedwiośnia) jako dwie harpie, Tomasz Karolak, Anna Guzik (nie narzekam), Barbara Brylska - przyjaciółka i mentorka Julii, więc można mieć nadzieję, że nie będzie gdzieś hen, na czwartym planie.
Reżyseruje Krzysztof Lang - poza Prowokatorem, ma na koncie same seriale, więc nie wiadomo, czy się cieszyć. Zdjęcia trwają do 25 czerwca. Premierę wstępnie wyznaczono na koniec roku. Film nie będzie pokazany we wrześniu w Gdyni.
W filmie mają wystąpić prawdziwe modelki i projektanci. Ambicją reżysera jest pokazanie, że środowisko mody to ludzie utalentowani, a cały światek rządzi się swoistym sensem. Czy uda się to zrobić dobitniej niż Meryl Streep, która krótka tyradą wykazała swojej asystentce, że każdy, nawet jeśli uważa, że jest "ponad to", jest uwikłany w modę? Czy ten polski świat mody tak samo, jak "Devil..." będzie nęcił i pożerał? Czy może chociaż dostaniemy lekko zgryźliwe, ale ciepłe spojrzenie na świat mody, jak w stareńkiej Funny face? Schemat Audrey Hepburn i Freda Astaire z tego filmu zresztą wiernie powtórzono w "Miłości na wybiegu". Swoją drogą, trudno o bardziej łopatologiczny tytuł.
TVN, po upojnym sukcesie kolejnych edycji Tańca z gwiazdami przygotowuje na jesień kinową produkcję Kochaj i tańcz. Nietrudno się domyślić, ze wzięło sobie do serca powodzenie Step up. Ale to nie wszystko, co nas czeka, drodzy widzowie wierzący w polskie kino! Kolejna "komedia romantyczna" wprowadzi nas w świat wielkiej mody. Nie inaczej. Ma to wręcz być Diabeł ubiera się u Prady po polsku. Zważywszy, że akurat ten film daleki jest od konwencji komedii romantycznej, zadanie jest lekko karkołomne.
"Diabeł" to film o o inicjacji prymuski na rynku pracy i w drapieżnym świecie. Przez rok harówki dla wariatki z magazynu o modzie ma szansę poznać siebie, swoje ambicje i talenty. W nagrodę traci chłopaka, a nawet dwóch. O czym ma być "Miłość na wybiegu"? Młoda dziewczyna chce wejść do świata mody, zostając modelką, a zblazowany fotograf chce z niego wyjść. Gdy się poznają, ona ma o nim jak najgorsze zdanie. Jednak po wspólnej sesji zdjęciowej stwierdza, że sie myliła. Uczucie rozkwita. Wtedy do akcji wkraczają dwie harpie, które chcą zdusić młodą miłość w zarodku. Uczucia modelki i fotografa zostaną poddane poważnej próbie... bla bla bla.
Coś mi mówi, że po licznych zwrotach akcji zakończenie będzie szczęśliwe. Co do obsady, mam mieszane uczucia. Marcin Dorociński jako fotograf Kacper. Jako modelka Julia, pierwszy raz na ekranie Karolina Gorczyca. Dalej - Iza Kuna (brawo!) i Urszula Grabowska (Karusia z Przedwiośnia) jako dwie harpie, Tomasz Karolak, Anna Guzik (nie narzekam), Barbara Brylska - przyjaciółka i mentorka Julii, więc można mieć nadzieję, że nie będzie gdzieś hen, na czwartym planie.
Reżyseruje Krzysztof Lang - poza Prowokatorem, ma na koncie same seriale, więc nie wiadomo, czy się cieszyć. Zdjęcia trwają do 25 czerwca. Premierę wstępnie wyznaczono na koniec roku. Film nie będzie pokazany we wrześniu w Gdyni.
W filmie mają wystąpić prawdziwe modelki i projektanci. Ambicją reżysera jest pokazanie, że środowisko mody to ludzie utalentowani, a cały światek rządzi się swoistym sensem. Czy uda się to zrobić dobitniej niż Meryl Streep, która krótka tyradą wykazała swojej asystentce, że każdy, nawet jeśli uważa, że jest "ponad to", jest uwikłany w modę? Czy ten polski świat mody tak samo, jak "Devil..." będzie nęcił i pożerał? Czy może chociaż dostaniemy lekko zgryźliwe, ale ciepłe spojrzenie na świat mody, jak w stareńkiej Funny face? Schemat Audrey Hepburn i Freda Astaire z tego filmu zresztą wiernie powtórzono w "Miłości na wybiegu". Swoją drogą, trudno o bardziej łopatologiczny tytuł.
sobota, 31 maja 2008
Wywiad zekranizowany
Filmy o papieżu to pewny sukces - dwie dotychczasowe biografie zebrały po prawie 2 miliony widzów. Nic więc dziwnego, że po dwóch biografiach na warsztat trafiły wspomnienia byłego sekretarza Jana Pawła II. "Świadectwo", które trafi do kin w październiku, to film dokumentalizowany. Połączenie wywiad z Dziwiszem, materiałów archiwalnych i zdjęć z udziałem aktorów.
Brzmi karkołomnie... film jednak ma międzynarodową produkcję i zapewnioną już dystrybucję światową. Autorem scenariusza obok kardynała Dziwisza jest Gian Franco Svidercoschini, włoski dziennikarz, autor "Świadectwa" (to on przeprowadził rozmowy z Dziwiszem).
W roli narratora wystąpi Michael York, a autorem muzyki jest Vangelis. Reżyseruje Paweł Pitera (mąż Julii). Poza wersją kinową, trwającą ok. 80 minut, powstanie też wersja telewizyjna - 3 odcinki po 45-50 minut.
Wygląda więc na to, że "Świadectwo" jest skazane na sukces. Trudno mi jednak uwierzyć, że ludzie będą tak masowo walić do kin drzwiami i oknami, jak w przypadku Karola Który Pozostał Człowiekiem. Złośliwie przypomnę zupełnie nieudany projekt, jakim był "Tryptyk rzymski" (producenci nie dopuszczali do świadomości, że ekranizacja wiersza nawet w przypadku papieża to pewna przesada i wpuścili do kin 81 kopii). Magia nazwisk i marki Jana Pawła II pewnie zrobi zrobi swoje, choć film dokumentalizowany to trudniejszy w odbiorze gatunek i może odstraszyć część widzów.
A zwiastun już jutro w kinach.
Brzmi karkołomnie... film jednak ma międzynarodową produkcję i zapewnioną już dystrybucję światową. Autorem scenariusza obok kardynała Dziwisza jest Gian Franco Svidercoschini, włoski dziennikarz, autor "Świadectwa" (to on przeprowadził rozmowy z Dziwiszem).
W roli narratora wystąpi Michael York, a autorem muzyki jest Vangelis. Reżyseruje Paweł Pitera (mąż Julii). Poza wersją kinową, trwającą ok. 80 minut, powstanie też wersja telewizyjna - 3 odcinki po 45-50 minut.
Wygląda więc na to, że "Świadectwo" jest skazane na sukces. Trudno mi jednak uwierzyć, że ludzie będą tak masowo walić do kin drzwiami i oknami, jak w przypadku Karola Który Pozostał Człowiekiem. Złośliwie przypomnę zupełnie nieudany projekt, jakim był "Tryptyk rzymski" (producenci nie dopuszczali do świadomości, że ekranizacja wiersza nawet w przypadku papieża to pewna przesada i wpuścili do kin 81 kopii). Magia nazwisk i marki Jana Pawła II pewnie zrobi zrobi swoje, choć film dokumentalizowany to trudniejszy w odbiorze gatunek i może odstraszyć część widzów.
A zwiastun już jutro w kinach.
środa, 21 maja 2008
Ile waży koń trojański?
Danuta Szaflarska daje radę.... 8 maja zaczęły się zdjęcia do filmu Juliusza Machulskiego "Ile waży koń trojański?". Ma to być "lekko feministyczna komedia romantyczna" a do tego "porządne inteligentne kino zrobione z dużą kulturą filmową". Chcę wierzyć. Zestaw nazwisk całkiem przyjemny: oprócz wspomnianej nestorki, Robert Więckiewicz, Maja Ostaszewska, Katarzyna Kwiatkowska i Ilona Ostrowska.
Krótkie streszczenie filmu nasuwa na myśl "Peggy Sue wyszła za mąż". Oto kobieta czterdziestoletnia, rozwiedziona, żyje ze swym drugim partnerem, razem wychowują jej córkę z pierwszego związku. W tajemniczy sposób bohaterka przenosi w rok 1987 - kiedy jest jeszcze żoną swego byłego męża, ich córki nie ma na świecie. To dobra okazja, by inaczej pokierować swoim życiem... Wyobrażam sobie, że Szaflarska zagra tu jakiegoś dobrego ducha, wróżkę, starą kobietę pełną mądrości wspierającą młodą kobietę. Czy to będzie ten "lekki feminizm"?
Premiera w styczniu - lutym 2009, czyli w okolicach Walentynek... reguła "jeśli jest zima to mamy polskie filmy" sprawdza się.
Krótkie streszczenie filmu nasuwa na myśl "Peggy Sue wyszła za mąż". Oto kobieta czterdziestoletnia, rozwiedziona, żyje ze swym drugim partnerem, razem wychowują jej córkę z pierwszego związku. W tajemniczy sposób bohaterka przenosi w rok 1987 - kiedy jest jeszcze żoną swego byłego męża, ich córki nie ma na świecie. To dobra okazja, by inaczej pokierować swoim życiem... Wyobrażam sobie, że Szaflarska zagra tu jakiegoś dobrego ducha, wróżkę, starą kobietę pełną mądrości wspierającą młodą kobietę. Czy to będzie ten "lekki feminizm"?
Premiera w styczniu - lutym 2009, czyli w okolicach Walentynek... reguła "jeśli jest zima to mamy polskie filmy" sprawdza się.
czwartek, 27 marca 2008
Seniorzy w ostatniej akcji
Tylu seniorów w jednym filmie dawno nie było. Na styczeń albo luty planowana jest premiera "Ostatniej akcji". Zagrają Wiesław Michnikowski, Jan Machulski, Marian Kociniak, Alina Janowska, Danuta Szaflarska, Barbara Krafftówna, Wojciech Siemion. Z opisu producenta (Studio Filmowe Zebra) wynika, że będzie to komedia sensacyjna.
Akcja filmu będzie dziać się we współczesnej Warszawie. Starsi panowie, towarzysze broni z Powstania Warszawskiego, stają do walki z "wielobranżowym gangsterem" mecenasem Szaro, granym przez Piotra Fronczewskiego. Pomogą im dzielne sanitariuszki z powstania oraz Alowiec (Wojciech Siemion), dawny członek Armii Ludowej. Plan dziarskich staruszków przeciw mecenasowi będzie zawierał napad na sklep jubilerski. Ważną rolę w intrydze odegra bezcenne jajo Faberge.
Podoba mi się ta informacja. Ostatnim trendem w polskim kinie rozrywkowym jest pokazywanie rozrywkowych zamożnych warszawiaków oraz pretensjonalnych niuń, nieważne czy o dobrym czy złym charakterze. Młodziacy ci przeżywają mało przekonujące dramaty miłosne, przez co filmy pretendują do miana komedii romantycznych (ale ani to komedie, ani romantyczne). Nasi powstańcy tymczasem będą walczyć w słusznej sprawie, mając na celu utarcie nosa drapieżnemu kapitaliście, który zagraża ich rodzinom. Pewnie w tym wszystkim będą trochę pogrywać stereotypem powstańca i zgrzybiałego/ dziarskiego staruszka, a trochę z tym stereotypem dyskutować. Kołacze mi się po głowie Rififi po sześćdziesiątce albo film Chłopcy, ale filmów o starszych ludziach nie ma wiele. Czy komedia, czy poważniejszy gatunek - ludzie starsi, o dużym apetycie na życie, ale i pogodzeni ze śmiercią i upływem czasu, nadają filmowi wzruszający ton. Dodatkowo starsi aktorzy mają zazwyczaj lepszy warsztat. Alina Janowska już w "Rozmowach kontrolowanych" grała konspirującą seniorkę, podpierającą się swoim wojennym doświadczeniem. Dla pozostałych aktorów "Ostatnia akcja" też pewnie będzie okazją do zmierzenia się ze swoim zawodowym wizerunkiem. Smaczku pewnie też doda Alowiec, który będzie odstawał od naszych komabatantów z Armii Krajowej.
Michał Rogalski debiutuje w kinie, ale dotąd świetnie sobie radził w dokumencie. Jeszcze w czasach studenckich zrobił fajny, pokazywany za festiwalach film "Paweł i Ewa". "Ostatnia akcja" jest szykowana na okres przedwalentynkowy, najbardziej dochodowy dla kin czas w roku. Dotąd w tym okresie królowały filmopodobne komedie polskiej produkcji. Z biegiem czasu grali w nich coraz więksi amatorzy, a ostatnio twórcy nawet zrezygnowali z tak zbędnej rzeczy jak scenariusz (patrz "Jeszcze raz"). Być może nawet "Ostatnia akcja" zachęci nieco starszych widzów do odwiedzenia kin (największy segment stanowią widzowie w wieku do 39 lat). Tak czy owak, znów sprawdza się reguła "zimą oglądamy polskie filmy".
Akcja filmu będzie dziać się we współczesnej Warszawie. Starsi panowie, towarzysze broni z Powstania Warszawskiego, stają do walki z "wielobranżowym gangsterem" mecenasem Szaro, granym przez Piotra Fronczewskiego. Pomogą im dzielne sanitariuszki z powstania oraz Alowiec (Wojciech Siemion), dawny członek Armii Ludowej. Plan dziarskich staruszków przeciw mecenasowi będzie zawierał napad na sklep jubilerski. Ważną rolę w intrydze odegra bezcenne jajo Faberge.
Podoba mi się ta informacja. Ostatnim trendem w polskim kinie rozrywkowym jest pokazywanie rozrywkowych zamożnych warszawiaków oraz pretensjonalnych niuń, nieważne czy o dobrym czy złym charakterze. Młodziacy ci przeżywają mało przekonujące dramaty miłosne, przez co filmy pretendują do miana komedii romantycznych (ale ani to komedie, ani romantyczne). Nasi powstańcy tymczasem będą walczyć w słusznej sprawie, mając na celu utarcie nosa drapieżnemu kapitaliście, który zagraża ich rodzinom. Pewnie w tym wszystkim będą trochę pogrywać stereotypem powstańca i zgrzybiałego/ dziarskiego staruszka, a trochę z tym stereotypem dyskutować. Kołacze mi się po głowie Rififi po sześćdziesiątce albo film Chłopcy, ale filmów o starszych ludziach nie ma wiele. Czy komedia, czy poważniejszy gatunek - ludzie starsi, o dużym apetycie na życie, ale i pogodzeni ze śmiercią i upływem czasu, nadają filmowi wzruszający ton. Dodatkowo starsi aktorzy mają zazwyczaj lepszy warsztat. Alina Janowska już w "Rozmowach kontrolowanych" grała konspirującą seniorkę, podpierającą się swoim wojennym doświadczeniem. Dla pozostałych aktorów "Ostatnia akcja" też pewnie będzie okazją do zmierzenia się ze swoim zawodowym wizerunkiem. Smaczku pewnie też doda Alowiec, który będzie odstawał od naszych komabatantów z Armii Krajowej.
Michał Rogalski debiutuje w kinie, ale dotąd świetnie sobie radził w dokumencie. Jeszcze w czasach studenckich zrobił fajny, pokazywany za festiwalach film "Paweł i Ewa". "Ostatnia akcja" jest szykowana na okres przedwalentynkowy, najbardziej dochodowy dla kin czas w roku. Dotąd w tym okresie królowały filmopodobne komedie polskiej produkcji. Z biegiem czasu grali w nich coraz więksi amatorzy, a ostatnio twórcy nawet zrezygnowali z tak zbędnej rzeczy jak scenariusz (patrz "Jeszcze raz"). Być może nawet "Ostatnia akcja" zachęci nieco starszych widzów do odwiedzenia kin (największy segment stanowią widzowie w wieku do 39 lat). Tak czy owak, znów sprawdza się reguła "zimą oglądamy polskie filmy".
wtorek, 12 lutego 2008
Z tęsknoty do kiczu
Marzę, by znów obejrzeć bezwstydnie rozrywkowe kino polskiej produkcji, za którym stoi dobry warsztat i aktorstwo - jak to drzewiej bywało.
Mam na myśli oczywiście komedię muzyczną - bo czyż jest gatunek bardziej rozrywkowy i bardziej bezwstydny w swej kiczowatości? Ach, remake przedwojennej "Zapomnianej melodii"... próżne nadzieje. Jeśli dziś polski producent chce zagnać widownię do kin, to obowiązkowo musi za tym stać drewniane aktorstwo i brak jakiegokolwiek scenariusza.
I muszę wypatrywać po niszowych kanałach, po okazyjnie spotkanych telewizorach, Elżbiety Czyżewskiej czy Bogdana Łazuki. Filmów takich jak "Żona dla Australijczyka" czy "Małżeństwo z rozsądku". Czy mój ukochany "Miliona za Laurę", kondensacja kiczu. Gdzie piosenki pisała Agnieszka Osiecka, Marek Sart lub zawodowi piosenkarze. Gdzie pomieszanie z poplątaniem fabuły budziło śmiech, a nie politowanie, gdzie aktorzy bawili się swoimi rolami bez wrażenia odwalania przez nich chałtury a przy tym efektem końcowym w filmie był zawsze lekki dystans do wykreowanej rzeczywistości, który udzielał się widzowi (przynajmniej mnie).
Talenty promocyjne PRL-owskiego filmu były zaiste imponujące. Reklamowano zespół Mazowsze ("Żona dla Australijczyka"), Irenę Santor ("Przygoda z piosenką"), całą serię zespołów muzycznych łącznie z młodą Anną Jantar i Wagantami, tworzono wreszcie urocze widokówki dość problematycznych jeszcze wtedy regionów. Bieszczady, nasz Dziki Zachód, w "Milionie za Laurę" były miejscem, gdzie czas płynie spokojnie, kwitnie kultura ludowa, a ludzie tam żyjący są sympatyczni, choć może lekko głupkowaci. Mazury - żadnego widma pruskości! Tylko jeziora i kurorty, i odpoczynek dla warszawiaków ("Kochajmy syrenki").
Ludzie, którzy zabierali się za robotę, znali się na swoim rzemiośle. Autorem scenariusza do "Hallo Szpicbródka" był Ludwik Starski, twórca "Zapomnianej melodii", "Skarbu", "Zakazanych piosenek", "Przygody na Mariensztacie". "Hallo Szpicbródka", nawiązująca do przedwojennej tradycji filmowej, była ostatnim jego dziełem. Gdy to pisał, miał 75 lat.
Cukierkowe kolory, dekoracje z dykty, sztuczna fontanna di Trevi, kolorowe krótkie sukienki, no i ten bigbit! Rozrywka, komercja, kultura masowa, kicz.
"Milion za Laurę" - Zespół No to co maluje mieszkanie faceta z telewizji (przez pomyłkę, rzecz jasna):
"Mocne uderzenie" (Ludwik Starski rulez!):
Mam na myśli oczywiście komedię muzyczną - bo czyż jest gatunek bardziej rozrywkowy i bardziej bezwstydny w swej kiczowatości? Ach, remake przedwojennej "Zapomnianej melodii"... próżne nadzieje. Jeśli dziś polski producent chce zagnać widownię do kin, to obowiązkowo musi za tym stać drewniane aktorstwo i brak jakiegokolwiek scenariusza.
I muszę wypatrywać po niszowych kanałach, po okazyjnie spotkanych telewizorach, Elżbiety Czyżewskiej czy Bogdana Łazuki. Filmów takich jak "Żona dla Australijczyka" czy "Małżeństwo z rozsądku". Czy mój ukochany "Miliona za Laurę", kondensacja kiczu. Gdzie piosenki pisała Agnieszka Osiecka, Marek Sart lub zawodowi piosenkarze. Gdzie pomieszanie z poplątaniem fabuły budziło śmiech, a nie politowanie, gdzie aktorzy bawili się swoimi rolami bez wrażenia odwalania przez nich chałtury a przy tym efektem końcowym w filmie był zawsze lekki dystans do wykreowanej rzeczywistości, który udzielał się widzowi (przynajmniej mnie).
Talenty promocyjne PRL-owskiego filmu były zaiste imponujące. Reklamowano zespół Mazowsze ("Żona dla Australijczyka"), Irenę Santor ("Przygoda z piosenką"), całą serię zespołów muzycznych łącznie z młodą Anną Jantar i Wagantami, tworzono wreszcie urocze widokówki dość problematycznych jeszcze wtedy regionów. Bieszczady, nasz Dziki Zachód, w "Milionie za Laurę" były miejscem, gdzie czas płynie spokojnie, kwitnie kultura ludowa, a ludzie tam żyjący są sympatyczni, choć może lekko głupkowaci. Mazury - żadnego widma pruskości! Tylko jeziora i kurorty, i odpoczynek dla warszawiaków ("Kochajmy syrenki").
Ludzie, którzy zabierali się za robotę, znali się na swoim rzemiośle. Autorem scenariusza do "Hallo Szpicbródka" był Ludwik Starski, twórca "Zapomnianej melodii", "Skarbu", "Zakazanych piosenek", "Przygody na Mariensztacie". "Hallo Szpicbródka", nawiązująca do przedwojennej tradycji filmowej, była ostatnim jego dziełem. Gdy to pisał, miał 75 lat.
Cukierkowe kolory, dekoracje z dykty, sztuczna fontanna di Trevi, kolorowe krótkie sukienki, no i ten bigbit! Rozrywka, komercja, kultura masowa, kicz.
"Milion za Laurę" - Zespół No to co maluje mieszkanie faceta z telewizji (przez pomyłkę, rzecz jasna):
"Mocne uderzenie" (Ludwik Starski rulez!):
wtorek, 22 stycznia 2008
Katyń nominowany do Oscara!
Znakomita wiadomość! "Katyń" pobił już rekord frekwencyjny w 2007 roku (2,74 miliona widzów) choć w odbiorze wielu na pewno nie był łatwy. Ale wszystkie polskie rozterki w rodzaju "za dużo, za mało, za bardzo" za granicą stają się nieważne. Zostaje tylko na nowo opowiedziana historia o II wojnie światowej, o której - zdawałoby się - opowiedziano już wszystko. Wszyscy wiedzą, czym była II wojna, ale niewielu słyszało o Katyniu. Film Wajdy to połączenie dużego fresku historycznego z kilkoma osobistymi, tragicznymi historiami. Fabuła uporządkowana, wielość postaci nie sprawia wrażenia chaosu, ich losy stopniowo się zazębiają. Nie jest to może specjalnie nowatorskie, ale Amerykanie to lubią.
"Katyń" oglądałam z bólem, z pretensją, że daleko mu do dawnych arcydzieł Wajdy. Że tradycyjny, przegadany. Wkurzała mnie postawa bohaterskiego Żmijewskiego, który "ślubował wojsku", wkurzała prostolinijność Stenki i rozmycie Kowalskiego, a nade wszystko wkurzało mnie odrzucenie Chyry po wojnie. Wkurzało mnie, że Cielecka nie była żywą osobą, lecz figurą Antygony. Denerwowała mnie nachalna symbolika spotkania na moście, Chrystusa przykrytego żołnierskim mundurem i flagi rozerwanej na dwoje (z białej części Sowiet zrobił sobie onuce, a czerwoną powiesił nad budynkiem). Irytowało mnie, że człowiek z lasu spotkał córkę zabitego oficera - tak jakby w Krakowie wszyscy mieli coś wspólnego z Katyniem - i to, że na koniec zginął w idiotyczny sposób. No, ale za granicą wszystkie polskie kody stają się przezroczyste, a w pamięci zostać może zachowanie listonosza, który nie chciał przyjąć napiwku - całkowicie jasne i zrozumiałe dla wszystkich.
60 lat po wojnie Wajda robi film, który oglądamy niemalże na kolanach albo buntowniczo mówimy, że do arcydzieła mu daleko. Tuż po wojnie Wajda rozprawiał się z naszymi romantycznymi mitami. Teraz opowiada "Katyń", który jest plastrem miodu na polskie serce, głaszcze po głowach, rozgrzesza, nie oskarża. To film, który nie miał szukać nowych dróg i nowych środków wyrazu, nie miał na nowo definiować sytuacji polskiej. To film o przetrąconym polskim społeczeństwie, o wielkim gwałcie, o tym, jaką wyrwę stanowił brak kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy, którym strzelono w tył głowy.
Pozostałe nominacje to 12 Nikiity Michałkowa o wojnie w Czeczenii, Mongol Siergieja Bodrowa- historia Czyngis chana, Beaufort Josepha Cedara - o wojnie w Izraelu, Fałszerze Stefana Rudovitzkiego, oparta na faktach historia fałszerstwa w nazistowskich Niemczech.
"Katyń" oglądałam z bólem, z pretensją, że daleko mu do dawnych arcydzieł Wajdy. Że tradycyjny, przegadany. Wkurzała mnie postawa bohaterskiego Żmijewskiego, który "ślubował wojsku", wkurzała prostolinijność Stenki i rozmycie Kowalskiego, a nade wszystko wkurzało mnie odrzucenie Chyry po wojnie. Wkurzało mnie, że Cielecka nie była żywą osobą, lecz figurą Antygony. Denerwowała mnie nachalna symbolika spotkania na moście, Chrystusa przykrytego żołnierskim mundurem i flagi rozerwanej na dwoje (z białej części Sowiet zrobił sobie onuce, a czerwoną powiesił nad budynkiem). Irytowało mnie, że człowiek z lasu spotkał córkę zabitego oficera - tak jakby w Krakowie wszyscy mieli coś wspólnego z Katyniem - i to, że na koniec zginął w idiotyczny sposób. No, ale za granicą wszystkie polskie kody stają się przezroczyste, a w pamięci zostać może zachowanie listonosza, który nie chciał przyjąć napiwku - całkowicie jasne i zrozumiałe dla wszystkich.
60 lat po wojnie Wajda robi film, który oglądamy niemalże na kolanach albo buntowniczo mówimy, że do arcydzieła mu daleko. Tuż po wojnie Wajda rozprawiał się z naszymi romantycznymi mitami. Teraz opowiada "Katyń", który jest plastrem miodu na polskie serce, głaszcze po głowach, rozgrzesza, nie oskarża. To film, który nie miał szukać nowych dróg i nowych środków wyrazu, nie miał na nowo definiować sytuacji polskiej. To film o przetrąconym polskim społeczeństwie, o wielkim gwałcie, o tym, jaką wyrwę stanowił brak kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy, którym strzelono w tył głowy.
Pozostałe nominacje to 12 Nikiity Michałkowa o wojnie w Czeczenii, Mongol Siergieja Bodrowa- historia Czyngis chana, Beaufort Josepha Cedara - o wojnie w Izraelu, Fałszerze Stefana Rudovitzkiego, oparta na faktach historia fałszerstwa w nazistowskich Niemczech.
środa, 9 stycznia 2008
Prawda ekranu, prawda rynku
http://www.stopklatka.pl/wydarzenia/wydarzenie.asp?wi=42731
Rezultaty pokazów fokusowych posłużą do produkcji reklam filmu skierowanych do najwłaściwszych z marketingowego punktu widzenia odbiorców. Wydaje mi się, że na polskim rynku kinowym takie podejście do widza to nowość - a przynajmniej informowanie o tym w notatce prasowej. Tymczasem w Ameryce Południowej uczestniczy fokusów już od dawna decydują nie tylko o reklamie filmu czy serialu, ale wręcz o rozwoju akcji w telenowelach.
Pierwsze pokazy fokusowe filmu "Lejdis", które zrobiliśmy dla wyselekcjonowanych grup, reprezentujących interesującą nas publiczność, pokazały, że nasza nowa komedia doskonale trafia do ludzi młodych, a zwłaszcza - niezależnie od wieku - do kobiet, które identyfikują się z bohaterkami - mówi producent "Lejdis" Andrzej Saramonowicz (cytat za Stopklatka.pl).
Rezultaty pokazów fokusowych posłużą do produkcji reklam filmu skierowanych do najwłaściwszych z marketingowego punktu widzenia odbiorców. Wydaje mi się, że na polskim rynku kinowym takie podejście do widza to nowość - a przynajmniej informowanie o tym w notatce prasowej. Tymczasem w Ameryce Południowej uczestniczy fokusów już od dawna decydują nie tylko o reklamie filmu czy serialu, ale wręcz o rozwoju akcji w telenowelach.
wtorek, 27 listopada 2007
Magia wielkich liczb
Frekwencja kinowa, rosnąca już w czasie kryzysu, kontynuowała tę passę przez cały okres Trzeciej Rzeszy, choć z odmiennych powodów ekonomicznych. Przywrócenie pełnego zatrudnienia doprowadziło do umiarkowanego dobrobytu; wojna z kolei przyniosła eskapistyczny głód bezpretensjonalnej rozrywki, a także nadwyżkę siły nabywczej nad towarami na rynku. W ciągu dziewięciu lat liczba widzów kinowych zwiększyła się czterokrotnie (1933: 250 milionów - 1942: 1 miliard)
Richard Grunberger, Historia społeczna Trzeciej Rzeszy, t.2
W 2006 roku do kin wybrało się 32 miliony Polaków (w rekordowym 2004 roku 1,5 miliona więcej). Niby wiadomo, że trudno porównywać Niemcy 1942 z Polską AD 2006, a jednak te liczby robią wrażenie :)
piątek, 23 listopada 2007
Jeśli jest zima, to mamy polskie filmy
Logika dystrybutorów jest mniej więcej taka: potencjalne hity dajemy na jesień i zimę, filmidła bez polotu i hollywoodzki trzeci sort zostawiamy na wakacje. Bowiem polska widownia funkcjonuje w grubsza w myśl reguły, że do kina chodzi się, gdy jest zimno i pada, natomiast gdy praży letnie słońce, są święta, Mundial albo gdy pora sprzyja spacerom w parku, są ciekawsze rzeczy do roboty. Ostatnio co prawda obserwujemy odstępstwa od tej reguły, np. polska premiera "Piratów z Karaibów 3", czyli ewidentny blockbuster, miała miejsce w lipcu. No i na swoje wyszli. Ten sam zresztą dystrybutor zdecydował się złamać tradycję po raz drugi i "Ranczo Wilkowyje" będzie w kinach od 26 grudnia.
Podobno najbardziej kasowym weekendem roku w kinach jest przypadający w okolicach Walentynek. Polscy producenci postanowili to wykorzystać już w 2004, wypuszczając wtedy "Nigdy w życiu". Po zawrotnym sukcesie filmu kręcenie komedii romantycznej na Walentynki stało sie nową świecką tradycją. Potem więc było "Tylko mnie kochaj", "Ja wam pokażę", "Dlaczego nie". Dobrym sposobem na poprawienie oglądalności okazało się też wpuszczanie filmu do kin coraz wcześniej przed Walentynkami.
Ale przy okazji wyszło na jaw, że polska widownia wcale nie pała niechęcią do polskich filmów - tylko muszą to być filmy łatwe i przyjemne, najlepiej komedie, zwłaszcza romantyczne, względnie sensacja, kryminał i mafia (patrz "Świadek koronny"). Pod ten sukces próbują się podpiąć producenci bardziej ambitnych i trudnych filmów, rozumując, że skoro zimą widz się nie pofatyguje do kina, to latem tym bardziej nie. W rezultacie od grudnia do lutego mamy prawdziwy wysyp mniejszych i większych polskich produkcji.
Już 4 stycznia startuje film "Jeszcze raz" (dystr. Monolith) wg scenariusza królowej polskich seriali, Ilony Łepkowskiej. Ma być o narodzinach dojrzałej i młodzieńczej miłości matki i córki oraz ojca i syna. Główny kwartet - Przemysław Cypryański, Anna Antonowicz, Danuta Stenka i Jan Frycz.
1 lutego, czyli wedle opracowanej już strategii "2 tygodnie przed walentynkami", hit sezonu, "Lejdis". Dzieło speca od niegłupich komedii, Tomasza Koneckiego (ma już na koncie "Ciało", "Testosteron" oraz "Pół serio"). Dystrybutorem jest ITI Cinema, który pewnie i tym razem postąpi według autorskiej instrukcji "co zrobić żeby żeby zebrać przynajmniej milion widzów", więc sukces komercyjny wydaje się gwarantowany.
Na 15 lutego zapowiadają się "Rozmowy nocą" (dystr. SPI), a na razie wiemy tyle, że zagrają Magda Różczka i Marcin Dorociński. Nazwiska fajne, reżyser nieco mniej (Maciej Żak, twórca zakalcowatej "Ławeczki").
Na sporo tez chyba liczy "Mała wielka miłość" (29 lutego, dystr. ITI Cinema). Wnioskuję po nazwiskach z obsady, to jest Agnieszka Grochowska i Marcin Bosak, bardzo już rozpoznawalni. Oprócz nich gra Joshua Leonard, raczej niszowy amerykański aktor ("Blair Witch Project").
Miesiąc później, 28 marca kolejny produkt Ilony Łepkowskiej i Piotra Wereśniaka "Nie kłam kochanie". Opis filmu wskazuje, że będzie to komedia bardzo w duchu "Och Karol", wczesnego filmu Łepkowskiej. Obsada nie byle jaka, bo Piotr Adamczyk, Grażyna Szapołowska, Beata Tyszkiewicz, Tomasz Karolak.
Trzy propozycje na zimowy czas ma Fundacja Film Polski (nowy dystrybutor, właśnie zadebiutował "Korowodem"). "Rezerwat" (11 stycznia), "Środa czwartek rano" (8 lutego) i "Ogród Luizy" (29 lutego), razem wzięte wyjdą na mniejszej liczbie kopii niż "Lejdis".
W grudniu - dwa polskie polskie filmy, siódmego "Nie ma takiego numeru" (dystr. Vivarto) i wspomniane "Ranczo Wilkowyje" w drugi dzień świąt (Forum Film). Dotąd było tak, że w grudniu najlepiej sprzedawały się familijne produkcje ze Świętym Mikołajem w roli głównej. Ostatnio jednak kino przestaje być domeną maluchów i młodzieży szkolnej. Rozrywkę tę wybierają też ludzie powyżej trzydziestki, dobrze sytuowani, z większych miast. Tak czy inaczej - inwazja polskich filmów mnie cieszy. Choćby i nie najwyższych lotów.
Podobno najbardziej kasowym weekendem roku w kinach jest przypadający w okolicach Walentynek. Polscy producenci postanowili to wykorzystać już w 2004, wypuszczając wtedy "Nigdy w życiu". Po zawrotnym sukcesie filmu kręcenie komedii romantycznej na Walentynki stało sie nową świecką tradycją. Potem więc było "Tylko mnie kochaj", "Ja wam pokażę", "Dlaczego nie". Dobrym sposobem na poprawienie oglądalności okazało się też wpuszczanie filmu do kin coraz wcześniej przed Walentynkami.
Ale przy okazji wyszło na jaw, że polska widownia wcale nie pała niechęcią do polskich filmów - tylko muszą to być filmy łatwe i przyjemne, najlepiej komedie, zwłaszcza romantyczne, względnie sensacja, kryminał i mafia (patrz "Świadek koronny"). Pod ten sukces próbują się podpiąć producenci bardziej ambitnych i trudnych filmów, rozumując, że skoro zimą widz się nie pofatyguje do kina, to latem tym bardziej nie. W rezultacie od grudnia do lutego mamy prawdziwy wysyp mniejszych i większych polskich produkcji.
Już 4 stycznia startuje film "Jeszcze raz" (dystr. Monolith) wg scenariusza królowej polskich seriali, Ilony Łepkowskiej. Ma być o narodzinach dojrzałej i młodzieńczej miłości matki i córki oraz ojca i syna. Główny kwartet - Przemysław Cypryański, Anna Antonowicz, Danuta Stenka i Jan Frycz.
1 lutego, czyli wedle opracowanej już strategii "2 tygodnie przed walentynkami", hit sezonu, "Lejdis". Dzieło speca od niegłupich komedii, Tomasza Koneckiego (ma już na koncie "Ciało", "Testosteron" oraz "Pół serio"). Dystrybutorem jest ITI Cinema, który pewnie i tym razem postąpi według autorskiej instrukcji "co zrobić żeby żeby zebrać przynajmniej milion widzów", więc sukces komercyjny wydaje się gwarantowany.
Na 15 lutego zapowiadają się "Rozmowy nocą" (dystr. SPI), a na razie wiemy tyle, że zagrają Magda Różczka i Marcin Dorociński. Nazwiska fajne, reżyser nieco mniej (Maciej Żak, twórca zakalcowatej "Ławeczki").
Na sporo tez chyba liczy "Mała wielka miłość" (29 lutego, dystr. ITI Cinema). Wnioskuję po nazwiskach z obsady, to jest Agnieszka Grochowska i Marcin Bosak, bardzo już rozpoznawalni. Oprócz nich gra Joshua Leonard, raczej niszowy amerykański aktor ("Blair Witch Project").
Miesiąc później, 28 marca kolejny produkt Ilony Łepkowskiej i Piotra Wereśniaka "Nie kłam kochanie". Opis filmu wskazuje, że będzie to komedia bardzo w duchu "Och Karol", wczesnego filmu Łepkowskiej. Obsada nie byle jaka, bo Piotr Adamczyk, Grażyna Szapołowska, Beata Tyszkiewicz, Tomasz Karolak.
Trzy propozycje na zimowy czas ma Fundacja Film Polski (nowy dystrybutor, właśnie zadebiutował "Korowodem"). "Rezerwat" (11 stycznia), "Środa czwartek rano" (8 lutego) i "Ogród Luizy" (29 lutego), razem wzięte wyjdą na mniejszej liczbie kopii niż "Lejdis".
W grudniu - dwa polskie polskie filmy, siódmego "Nie ma takiego numeru" (dystr. Vivarto) i wspomniane "Ranczo Wilkowyje" w drugi dzień świąt (Forum Film). Dotąd było tak, że w grudniu najlepiej sprzedawały się familijne produkcje ze Świętym Mikołajem w roli głównej. Ostatnio jednak kino przestaje być domeną maluchów i młodzieży szkolnej. Rozrywkę tę wybierają też ludzie powyżej trzydziestki, dobrze sytuowani, z większych miast. Tak czy inaczej - inwazja polskich filmów mnie cieszy. Choćby i nie najwyższych lotów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)