Filmy o papieżu to pewny sukces - dwie dotychczasowe biografie zebrały po prawie 2 miliony widzów. Nic więc dziwnego, że po dwóch biografiach na warsztat trafiły wspomnienia byłego sekretarza Jana Pawła II. "Świadectwo", które trafi do kin w październiku, to film dokumentalizowany. Połączenie wywiad z Dziwiszem, materiałów archiwalnych i zdjęć z udziałem aktorów.
Brzmi karkołomnie... film jednak ma międzynarodową produkcję i zapewnioną już dystrybucję światową. Autorem scenariusza obok kardynała Dziwisza jest Gian Franco Svidercoschini, włoski dziennikarz, autor "Świadectwa" (to on przeprowadził rozmowy z Dziwiszem).
W roli narratora wystąpi Michael York, a autorem muzyki jest Vangelis. Reżyseruje Paweł Pitera (mąż Julii). Poza wersją kinową, trwającą ok. 80 minut, powstanie też wersja telewizyjna - 3 odcinki po 45-50 minut.
Wygląda więc na to, że "Świadectwo" jest skazane na sukces. Trudno mi jednak uwierzyć, że ludzie będą tak masowo walić do kin drzwiami i oknami, jak w przypadku Karola Który Pozostał Człowiekiem. Złośliwie przypomnę zupełnie nieudany projekt, jakim był "Tryptyk rzymski" (producenci nie dopuszczali do świadomości, że ekranizacja wiersza nawet w przypadku papieża to pewna przesada i wpuścili do kin 81 kopii). Magia nazwisk i marki Jana Pawła II pewnie zrobi zrobi swoje, choć film dokumentalizowany to trudniejszy w odbiorze gatunek i może odstraszyć część widzów.
A zwiastun już jutro w kinach.
sobota, 31 maja 2008
środa, 21 maja 2008
Ile waży koń trojański?
Danuta Szaflarska daje radę.... 8 maja zaczęły się zdjęcia do filmu Juliusza Machulskiego "Ile waży koń trojański?". Ma to być "lekko feministyczna komedia romantyczna" a do tego "porządne inteligentne kino zrobione z dużą kulturą filmową". Chcę wierzyć. Zestaw nazwisk całkiem przyjemny: oprócz wspomnianej nestorki, Robert Więckiewicz, Maja Ostaszewska, Katarzyna Kwiatkowska i Ilona Ostrowska.
Krótkie streszczenie filmu nasuwa na myśl "Peggy Sue wyszła za mąż". Oto kobieta czterdziestoletnia, rozwiedziona, żyje ze swym drugim partnerem, razem wychowują jej córkę z pierwszego związku. W tajemniczy sposób bohaterka przenosi w rok 1987 - kiedy jest jeszcze żoną swego byłego męża, ich córki nie ma na świecie. To dobra okazja, by inaczej pokierować swoim życiem... Wyobrażam sobie, że Szaflarska zagra tu jakiegoś dobrego ducha, wróżkę, starą kobietę pełną mądrości wspierającą młodą kobietę. Czy to będzie ten "lekki feminizm"?
Premiera w styczniu - lutym 2009, czyli w okolicach Walentynek... reguła "jeśli jest zima to mamy polskie filmy" sprawdza się.
Krótkie streszczenie filmu nasuwa na myśl "Peggy Sue wyszła za mąż". Oto kobieta czterdziestoletnia, rozwiedziona, żyje ze swym drugim partnerem, razem wychowują jej córkę z pierwszego związku. W tajemniczy sposób bohaterka przenosi w rok 1987 - kiedy jest jeszcze żoną swego byłego męża, ich córki nie ma na świecie. To dobra okazja, by inaczej pokierować swoim życiem... Wyobrażam sobie, że Szaflarska zagra tu jakiegoś dobrego ducha, wróżkę, starą kobietę pełną mądrości wspierającą młodą kobietę. Czy to będzie ten "lekki feminizm"?
Premiera w styczniu - lutym 2009, czyli w okolicach Walentynek... reguła "jeśli jest zima to mamy polskie filmy" sprawdza się.
środa, 9 kwietnia 2008
Les Ch'tis we Francji - mania, szaleństwo, amok
Lubię liczby.
Zwłaszcza spektakularne.
Film "Bienvenue chez les Ch'tis" we francuskich kinach obejrzało już ponad 17 milionów widzów. Przez to film pobił już rekord wszechczasów z 1967 roku na najpopularniejszy film francuski, należący do "Wielkiej włóczęgi". Jest też na dobrej drodze by pobić francuski rekord na najbardziej kasowy film ever, czyli "Tytanik". W 1998 roku obejrzało go ponad 20 milionów Francuzów.
Sukces "Ch'tisów" jest tym większy, że nikt się go właściwie nie spodziewał. Zrealizowany za dość skromną sumę 11 milionów euro, bez wielkich nazwisk, bez wielkiej reklamy. Jest to komedia o kierowniku poczty, który zostaje przeniesiony na północ Francji, pod Dunkierkę, do regionu o niezbyt dobrej sławie, łagodnie mówiąc. Nie dość że mieszkańcy - Ch'tisi - mówią specyficznym, trudno zrozumiałym dla reszty Francuzów dialektem, to jeszcze uchodzą za prostaków, alkoholików, bezrobotnych i ogólnie mówiąc - zapóźnionych cywilizacyjnie. Nietrudno się domyślić, że kierownik poczty zrewiduje swoje uprzedzenia i stereotypowe wyobrażenie mieszkańców Północy i opuści to miejsce ze łzami w oczach, podobnie jak wtedy, gdy tu przyjechał.
Różne francuskie serwisy z lubością przedstawiają statystyki pokazujące lawinowy wzrost widowni. Zaczęło się od ponad pół miliona w pierwszym tygodniu wyświetlania filmu tylko w regionie Nord-Pas-de Calais. Po znakomitym przyjęciu w następnym tygodniu do kin wybrały się ponad 4 miliony Francuzów, kiedy film został wypuszczony w całym kraju. I tak, przez cały marzec, co tydzień kolejne miliony waliły do kin drzwiami i oknami. Jak się można było spodziewać, Hollywood natychmiast zwietrzyło dobry interes i już kupiło prawa do remake'u. Amerykański film będzie osadzony w amerykańskich realiach - prawdopodobnie zostaną obśmiane stereotypy o mieszkańcach Midwestu. Ch'tisowie znaleźli też dystrybutorów w krajach europejskich, głównie frankofońskich, oraz w Kanadzie.
Nieoczekiwany sukces filmu trochę "wymknął się spod kontroli" twórcom. W gorączce produkowali dodatkowe kopie do kin. Francja oszalała. Ogromne znaczenie miała fama "dobrego filmu". Według danych producenta, niemal wszyscy widzowie ankietowani po wyjściu z kina mieli pozytywne reakcje dotyczące filmu. 97% widzów podobał się film, a 67% było "oczarowanych". Film jest uznany za blockbuster albo "piorun z nieba", gdy ten wskaźnik wynosi 65%. Miejscowość Buerges, gdzie kręcono Ch'tisów, przewiduje w tym roku boom turystyczny. Nieoczekiwanie wzrosła sprzedaż sera Maroilles, występującego w filmie, o 20-30%. Inne sery z północy również zanotowały wzrost sprzedaży. Podobnie lokalne piwo Ch'ti. O popularności kubków, koszulek, podkładek pod kufel i innych gadżetów z emblematami filmu nie ma co wspominać. Sarkozy zażyczył sobie prywatnej projekcji w Pałacu Elizejskim. Taki zaszczyt kopnął do tej pory tylko dwa filmy - rekordową "Wielką włóczęgę" i "Amelię" z 2001 roku. W radiu i telewizji trwają dni i tygodnie "speciale Ch'tis". W przyszłym roku do Słownika Języka Francuskiego trafi nowe słowo - "biloute" (raczej słowo - wytrych, o wielu znaczeniach). Pochodzi z dialektu północnego, ale rozprzestrzeniło się w całej Francji.
Popularność "Ch'tisów" przypomina wirusowy sukces naszej-klasy, Chucka Norrisa, Papaya Song czy Jożina z Bażin. W tym wypadku jednak to zjawisko w znacznej mierze pozainternetowe. Polecam oficjalną stronę filmu: http://www.chtinn.com/
Zwłaszcza spektakularne.
Film "Bienvenue chez les Ch'tis" we francuskich kinach obejrzało już ponad 17 milionów widzów. Przez to film pobił już rekord wszechczasów z 1967 roku na najpopularniejszy film francuski, należący do "Wielkiej włóczęgi". Jest też na dobrej drodze by pobić francuski rekord na najbardziej kasowy film ever, czyli "Tytanik". W 1998 roku obejrzało go ponad 20 milionów Francuzów.
Sukces "Ch'tisów" jest tym większy, że nikt się go właściwie nie spodziewał. Zrealizowany za dość skromną sumę 11 milionów euro, bez wielkich nazwisk, bez wielkiej reklamy. Jest to komedia o kierowniku poczty, który zostaje przeniesiony na północ Francji, pod Dunkierkę, do regionu o niezbyt dobrej sławie, łagodnie mówiąc. Nie dość że mieszkańcy - Ch'tisi - mówią specyficznym, trudno zrozumiałym dla reszty Francuzów dialektem, to jeszcze uchodzą za prostaków, alkoholików, bezrobotnych i ogólnie mówiąc - zapóźnionych cywilizacyjnie. Nietrudno się domyślić, że kierownik poczty zrewiduje swoje uprzedzenia i stereotypowe wyobrażenie mieszkańców Północy i opuści to miejsce ze łzami w oczach, podobnie jak wtedy, gdy tu przyjechał.
Różne francuskie serwisy z lubością przedstawiają statystyki pokazujące lawinowy wzrost widowni. Zaczęło się od ponad pół miliona w pierwszym tygodniu wyświetlania filmu tylko w regionie Nord-Pas-de Calais. Po znakomitym przyjęciu w następnym tygodniu do kin wybrały się ponad 4 miliony Francuzów, kiedy film został wypuszczony w całym kraju. I tak, przez cały marzec, co tydzień kolejne miliony waliły do kin drzwiami i oknami. Jak się można było spodziewać, Hollywood natychmiast zwietrzyło dobry interes i już kupiło prawa do remake'u. Amerykański film będzie osadzony w amerykańskich realiach - prawdopodobnie zostaną obśmiane stereotypy o mieszkańcach Midwestu. Ch'tisowie znaleźli też dystrybutorów w krajach europejskich, głównie frankofońskich, oraz w Kanadzie.
Nieoczekiwany sukces filmu trochę "wymknął się spod kontroli" twórcom. W gorączce produkowali dodatkowe kopie do kin. Francja oszalała. Ogromne znaczenie miała fama "dobrego filmu". Według danych producenta, niemal wszyscy widzowie ankietowani po wyjściu z kina mieli pozytywne reakcje dotyczące filmu. 97% widzów podobał się film, a 67% było "oczarowanych". Film jest uznany za blockbuster albo "piorun z nieba", gdy ten wskaźnik wynosi 65%. Miejscowość Buerges, gdzie kręcono Ch'tisów, przewiduje w tym roku boom turystyczny. Nieoczekiwanie wzrosła sprzedaż sera Maroilles, występującego w filmie, o 20-30%. Inne sery z północy również zanotowały wzrost sprzedaży. Podobnie lokalne piwo Ch'ti. O popularności kubków, koszulek, podkładek pod kufel i innych gadżetów z emblematami filmu nie ma co wspominać. Sarkozy zażyczył sobie prywatnej projekcji w Pałacu Elizejskim. Taki zaszczyt kopnął do tej pory tylko dwa filmy - rekordową "Wielką włóczęgę" i "Amelię" z 2001 roku. W radiu i telewizji trwają dni i tygodnie "speciale Ch'tis". W przyszłym roku do Słownika Języka Francuskiego trafi nowe słowo - "biloute" (raczej słowo - wytrych, o wielu znaczeniach). Pochodzi z dialektu północnego, ale rozprzestrzeniło się w całej Francji.
Popularność "Ch'tisów" przypomina wirusowy sukces naszej-klasy, Chucka Norrisa, Papaya Song czy Jożina z Bażin. W tym wypadku jednak to zjawisko w znacznej mierze pozainternetowe. Polecam oficjalną stronę filmu: http://www.chtinn.com/
czwartek, 27 marca 2008
Seniorzy w ostatniej akcji
Tylu seniorów w jednym filmie dawno nie było. Na styczeń albo luty planowana jest premiera "Ostatniej akcji". Zagrają Wiesław Michnikowski, Jan Machulski, Marian Kociniak, Alina Janowska, Danuta Szaflarska, Barbara Krafftówna, Wojciech Siemion. Z opisu producenta (Studio Filmowe Zebra) wynika, że będzie to komedia sensacyjna.
Akcja filmu będzie dziać się we współczesnej Warszawie. Starsi panowie, towarzysze broni z Powstania Warszawskiego, stają do walki z "wielobranżowym gangsterem" mecenasem Szaro, granym przez Piotra Fronczewskiego. Pomogą im dzielne sanitariuszki z powstania oraz Alowiec (Wojciech Siemion), dawny członek Armii Ludowej. Plan dziarskich staruszków przeciw mecenasowi będzie zawierał napad na sklep jubilerski. Ważną rolę w intrydze odegra bezcenne jajo Faberge.
Podoba mi się ta informacja. Ostatnim trendem w polskim kinie rozrywkowym jest pokazywanie rozrywkowych zamożnych warszawiaków oraz pretensjonalnych niuń, nieważne czy o dobrym czy złym charakterze. Młodziacy ci przeżywają mało przekonujące dramaty miłosne, przez co filmy pretendują do miana komedii romantycznych (ale ani to komedie, ani romantyczne). Nasi powstańcy tymczasem będą walczyć w słusznej sprawie, mając na celu utarcie nosa drapieżnemu kapitaliście, który zagraża ich rodzinom. Pewnie w tym wszystkim będą trochę pogrywać stereotypem powstańca i zgrzybiałego/ dziarskiego staruszka, a trochę z tym stereotypem dyskutować. Kołacze mi się po głowie Rififi po sześćdziesiątce albo film Chłopcy, ale filmów o starszych ludziach nie ma wiele. Czy komedia, czy poważniejszy gatunek - ludzie starsi, o dużym apetycie na życie, ale i pogodzeni ze śmiercią i upływem czasu, nadają filmowi wzruszający ton. Dodatkowo starsi aktorzy mają zazwyczaj lepszy warsztat. Alina Janowska już w "Rozmowach kontrolowanych" grała konspirującą seniorkę, podpierającą się swoim wojennym doświadczeniem. Dla pozostałych aktorów "Ostatnia akcja" też pewnie będzie okazją do zmierzenia się ze swoim zawodowym wizerunkiem. Smaczku pewnie też doda Alowiec, który będzie odstawał od naszych komabatantów z Armii Krajowej.
Michał Rogalski debiutuje w kinie, ale dotąd świetnie sobie radził w dokumencie. Jeszcze w czasach studenckich zrobił fajny, pokazywany za festiwalach film "Paweł i Ewa". "Ostatnia akcja" jest szykowana na okres przedwalentynkowy, najbardziej dochodowy dla kin czas w roku. Dotąd w tym okresie królowały filmopodobne komedie polskiej produkcji. Z biegiem czasu grali w nich coraz więksi amatorzy, a ostatnio twórcy nawet zrezygnowali z tak zbędnej rzeczy jak scenariusz (patrz "Jeszcze raz"). Być może nawet "Ostatnia akcja" zachęci nieco starszych widzów do odwiedzenia kin (największy segment stanowią widzowie w wieku do 39 lat). Tak czy owak, znów sprawdza się reguła "zimą oglądamy polskie filmy".
Akcja filmu będzie dziać się we współczesnej Warszawie. Starsi panowie, towarzysze broni z Powstania Warszawskiego, stają do walki z "wielobranżowym gangsterem" mecenasem Szaro, granym przez Piotra Fronczewskiego. Pomogą im dzielne sanitariuszki z powstania oraz Alowiec (Wojciech Siemion), dawny członek Armii Ludowej. Plan dziarskich staruszków przeciw mecenasowi będzie zawierał napad na sklep jubilerski. Ważną rolę w intrydze odegra bezcenne jajo Faberge.
Podoba mi się ta informacja. Ostatnim trendem w polskim kinie rozrywkowym jest pokazywanie rozrywkowych zamożnych warszawiaków oraz pretensjonalnych niuń, nieważne czy o dobrym czy złym charakterze. Młodziacy ci przeżywają mało przekonujące dramaty miłosne, przez co filmy pretendują do miana komedii romantycznych (ale ani to komedie, ani romantyczne). Nasi powstańcy tymczasem będą walczyć w słusznej sprawie, mając na celu utarcie nosa drapieżnemu kapitaliście, który zagraża ich rodzinom. Pewnie w tym wszystkim będą trochę pogrywać stereotypem powstańca i zgrzybiałego/ dziarskiego staruszka, a trochę z tym stereotypem dyskutować. Kołacze mi się po głowie Rififi po sześćdziesiątce albo film Chłopcy, ale filmów o starszych ludziach nie ma wiele. Czy komedia, czy poważniejszy gatunek - ludzie starsi, o dużym apetycie na życie, ale i pogodzeni ze śmiercią i upływem czasu, nadają filmowi wzruszający ton. Dodatkowo starsi aktorzy mają zazwyczaj lepszy warsztat. Alina Janowska już w "Rozmowach kontrolowanych" grała konspirującą seniorkę, podpierającą się swoim wojennym doświadczeniem. Dla pozostałych aktorów "Ostatnia akcja" też pewnie będzie okazją do zmierzenia się ze swoim zawodowym wizerunkiem. Smaczku pewnie też doda Alowiec, który będzie odstawał od naszych komabatantów z Armii Krajowej.
Michał Rogalski debiutuje w kinie, ale dotąd świetnie sobie radził w dokumencie. Jeszcze w czasach studenckich zrobił fajny, pokazywany za festiwalach film "Paweł i Ewa". "Ostatnia akcja" jest szykowana na okres przedwalentynkowy, najbardziej dochodowy dla kin czas w roku. Dotąd w tym okresie królowały filmopodobne komedie polskiej produkcji. Z biegiem czasu grali w nich coraz więksi amatorzy, a ostatnio twórcy nawet zrezygnowali z tak zbędnej rzeczy jak scenariusz (patrz "Jeszcze raz"). Być może nawet "Ostatnia akcja" zachęci nieco starszych widzów do odwiedzenia kin (największy segment stanowią widzowie w wieku do 39 lat). Tak czy owak, znów sprawdza się reguła "zimą oglądamy polskie filmy".
wtorek, 18 marca 2008
Polskie drogi a sprawa polska
Do tej pory słowa prezydenta wystarczyły same za siebie, podparte li i jedynie powagą flagi państwowej stojącej opodal. Ale to nudne jest, komu by się chciało słuchać wielominutowego trucia prezydenta o sprawach wagi krajowej, który w dodatku ma wzrok wbity w jeden punkt, mówi z zasznurowanymi ustami albo nerwowo bawi się palcami. Dlatego wczorajsze orędzie prezydenckie w sprawie Traktatu Lizbońskiego zostało znacznie podrasowane przebitkami z obrazków szarpiących patriotyczne polskie serce oraz liryczną muzyką z "Polskich dróg". Czy mi się wydaje, czy to to już rzeczywiście można nazwać propagandą według najlepszych wzorów? Nie stało się przecież nic takiego; przecież to tylko muzyka ze znanego serialu i tylko kilka obrazków dokumentalnych: mazurskie wsie, Angela Merkel koło Eryki Steinbach, ślub homoseksualny. Żadne tam goebbelsy. Żadnych szczurów czy karaluchów. Muzyka z "Polskich dróg" jest naprawdę piękna. Serial jest naprawdę drastyczny. Przytłaczający hitleryzm, eksterminacja Polaków, masowe rozstrzelania. Liryczna muzyka przywołuje wstrząsające obrazy. "Nie wszystko w Unii musi być dobre dla Polski" - mówi prezydent. Za chwilę dzisiejsi Niemcy (Niemki): Merkel i Steinbach na spotkaniu ziomkostw. Prezydent mówi o roszczeniach niemieckich na Ziemiach Zachodnich i Północnych (brawo! ktoś go poinformował, że już od dawna nie używa się fachowo terminu "Ziemie Odzyskane"!). Mazurskie pagórki, domostwa i jezioro. Inny przykład, mówi prezydent. Śluby gejowskie. Więc widzimy odnośny ślub, niefortunnie z Toronto, o czym zresztą informuje też dokument pokazany na ekranie. Ale jest na to rada - Protokół Brytyjski (przebitka z podpisania Protokołu). Niestety niektórzy z Sejmu (przebitka na Tuska, Pawlaka i Sikorskiego) chcą odstąpienia od niego, o czym mówi stosowna uchwała, przywołana na ekranie. Są takie chwile w życiu narodu, mówi prezydent, kiedy trzeba zapomnieć o interesie partyjnym. Dlatego prezydent musi użyczyć swego wizerunku, by PiS wyszedł z twarzy z patowej sytuacji. Kompromitacja blisko, przebąkuje się o o rozłamie w partii, o złamaniu dyscypliny głosowania. Prezydent więc używa swego autorytetu i przedłoży ustawę taką, jaka pasuje PiS. Ale nie o tym chciałam, tylko o ilustracji muzyczno - obrazkowej orędzia. No cóż, przynajmniej nie było nudne. A że niechcący wyszedł przekaz nie informacyjny, tylko emocjonalny - who cares? Proszę państwa, czy ktoś z was nie poczuł się przypadkiem manipulowany?
I jeszcze jedno. Pan Eryk Mistewicz, specjalista od marketingu politycznego, określił orędzie jako najlepszy produkt polityczny PiS ostatniego czasu.
"Wreszcie mamy prezydenta, mocny wizerunek, bardzo skuteczny, pan prezydent zaczął swoją kadencję. - ocenił Mistewicz w TVN24. - To jest opowieść, że jest polityk, który będzie nas bronił. Widzę, że za Lecha Kaczyńskiego wzięli się najlepsi w Polsce, do nich należy Jacek Kurski - dodał". Halo, czy marketing polityczny nie ma nic wspólnego z etyką polityki? Czy w wystąpieniu prezydenckim, które jest nadawane tylko w wyjątkowych chwilach, aby na pewno powinny być używane techniki jak w reklamówkach wyborczych? Wybraliśmy tego człowieka w wolnym głosowaniu, po to by nas reprezentował i podejmował w naszym imieniu decyzje. Nie musi nam już niczego reklamować ani obrzydzać, bo swoją wizję przedstawił podczas kampanii. Stoi za nim narodowa flaga. Więc po co dokładać jeszcze muzykę z serialu, było nie było, kultury masowej? Może następnym razem to będą "Czarne chmury"? Też by pasowały. Do promowania jakiejś ustawy socjalnej nadawałby się "Janosik". A potem już tylko "Alternatywy 4".
I jeszcze jedno. Pan Eryk Mistewicz, specjalista od marketingu politycznego, określił orędzie jako najlepszy produkt polityczny PiS ostatniego czasu.
"Wreszcie mamy prezydenta, mocny wizerunek, bardzo skuteczny, pan prezydent zaczął swoją kadencję. - ocenił Mistewicz w TVN24. - To jest opowieść, że jest polityk, który będzie nas bronił. Widzę, że za Lecha Kaczyńskiego wzięli się najlepsi w Polsce, do nich należy Jacek Kurski - dodał". Halo, czy marketing polityczny nie ma nic wspólnego z etyką polityki? Czy w wystąpieniu prezydenckim, które jest nadawane tylko w wyjątkowych chwilach, aby na pewno powinny być używane techniki jak w reklamówkach wyborczych? Wybraliśmy tego człowieka w wolnym głosowaniu, po to by nas reprezentował i podejmował w naszym imieniu decyzje. Nie musi nam już niczego reklamować ani obrzydzać, bo swoją wizję przedstawił podczas kampanii. Stoi za nim narodowa flaga. Więc po co dokładać jeszcze muzykę z serialu, było nie było, kultury masowej? Może następnym razem to będą "Czarne chmury"? Też by pasowały. Do promowania jakiejś ustawy socjalnej nadawałby się "Janosik". A potem już tylko "Alternatywy 4".
wtorek, 11 marca 2008
The Hollywood Sign zagrożony
Bezpośrednie otoczenie wzgórza Los Angeles, gdzie stoją słynne białe litery o wysokości 15 metrów, układające sie w napis "Hollywood", zostało wystawione na sprzedaż. Cena - to 22 milionów dolarów, ale z możliwością podziału terenu na pięć działek i prawem do zabudowy. Wytyczono już nawet sieć dróg.
W 2002 roku deweloper odkupił ten teren o powierzchni ok. 56 hektarów od spadkobierców Howarda Hughesa. Słynny milioner zdobył w latach czterdziestych pozwolenie na budowę, z myślą postawienia tam willi dla Ginger Rogers, podówczas swojej kochanki. Dom nigdy nie powstał, ale pozwolenie obowiązuje do tej pory...
Radni Los Angeles są oburzeni. Zasłonięcie słynnego napisu z pewnością nie przysłuży się promocji miasta. Jednak miasto nigdy nie zdołało zgromadzić środków, by odkupić ten teren.
Od 1973 roku napis jest zabytkiem. Miasto zaś chyba niespecjalnie przykładało rękę do jego ochrony. W 1978 roku zbiórkę pieniędzy na replikę konstrukcji "Hollywood" zainicjował... Hugh Hefner, wydawca Playboya. Sam wówczas wyłożył kasę na literę Y.
Znany na całym świecie napis powstał w 1923 roku jako reklama projektu budowy nieruchomości. Początkowo było to "Hollywoodland". Dziś to jeden z najsłynniejszych logotypów. Ostatnie cztery literki zostały usunięte w 1949 roku, podczas gruntownej renowacji konstrukcji, która znajdowała się już w opłakanym stanie. Co ciekawe, miasto Los Angeles optowało wtedy za całkowitym demontażem napisu. Zapobiegły temu gwałtowne protesty mieszkańców.
Źródło: HHA, Le Monde
poniedziałek, 25 lutego 2008
Demoniczny golibroda z Fleet Street
Epoka wiktoriańska nie ma najlepszej prasy. Rygoryzm moralny, obłuda obyczajowa i samozadowolenie klas uprzywilejowanych. Niewolnicza praca dzieci i niebywałe rozmiary prostytucji. Nędza zastępów ludzi pracujących w fabrykach i koszmar filantropii pławiącej się we własnym zachwycie. Koszmar przytułków dla sierot i szpitali dla obłąkanych. Światowy kolonializm i wszechobecne szubienice. Obrazki jak z Dickensa. Rozwój tabloidów i marnej literatury dla kucharek. I tak dalej.
W tej scenerii żyją i działają Sweeney Todd i pani Lovett. Kto nie znalazł się w wąskiej grupie tłustych mieszczan czy szlachty, ten nie mógł być pewny niczego. Próżno budować ułudę szczęścia osobistego. Próżno próbować wyrwać sie swojemu przeznaczeniu, jakim jest krótkie życie w biedzie i pogardzie. Próżno bronić swojej własności, gdy łapy po nią wyciąga zły sędzia Turpin. W tej sytuacji golibroda sam musi wymierzyć sprawiedliwość lubieżnikowi.
Sweeney Todd jest częścią londyńskiej legendy, podobnie jak Kuba Rozpruwacz. Czy istniał naprawdę - nie wiadomo. Początkowo był tylko seryjnym mordercą, zarzynającym swoje ofiary brzytwą. Ciała ukrywał w katakumbach pobliskiego kościoła, gdzie trafiały prosto z fryzjerskiego fotela z zapadnią. Po pewnym czasie, gdy z podziemiach zaczęło brakować miejsca, porozumiał się z panią Lovett, właścicielką piekarni. Ta sporządzała z ludzkiego mięsa farsz do swoich pasztecików. Oboje stali się bohaterami pierwszych tabloidów, a wkrótce i zagościli w masowej wyobraźni, by w niej pozostać do dzisiaj. Sweeney Todd był bohaterem dziewiętnastowiecznych penny dreadfuls, makabrycznych powieści zeszytowych.
Motyw zemsty dopisano mu dopiero w 1973 roku. Sędzia Turpin skazał go na zesłanie do Australii, by dobrać się do jego ślicznej żony. Gdy żona popełniła samobójstwo, Turpin zaopiekował się jego córką. Po 15 latach golibroda pod nowym nazwiskiem wraca do Londynu...
Akcja filmu Burtona dzieje się gdzieś w drugiej połowie XIX wieku, w "najgorszym z miejsc" jakim jest Londyn. Drapieżne miasto, szara scenografia, nędza niemal groteskowa. Obleśność i okrucieństwo Turpina - jak z najgorszych koszmarów. W tych warunkach pomysł utylizacji ciał jest oczywisty i jawi się nawet jako prywatna walka z systemem. Todd i Lovett załatwiają w ten sposób swoje sprawy. Todd szuka zemsty na wszystkich koszmarnych mieszczanach, a na Turpinie w szczególności. Pani Lovett chce uciec od biedy, znaleźć dla siebie spokojne miejsce w systemie, przenieść się nad morze i wieść niezakłócony codzienną troską żywot mieszczanki.
Oboje są jak wyrzut wiktoriańskiego sumienia. Nie bez przyczyny Sweeney Todd żyje w masowej wyobraźni od 200 lat! Todd i jego energiczna przyjaciółka uosabiają karę za różne mieszczańskie grzeszki, za wszystkie bezeceństwa popełniane na mocy wysokiej pozycji społecznej, tkwiące gdzieś w zbiorowej nieświadomości. Przez krótką chwilę wyrównują rachunki; my wiemy i wy wiecie, że zasługujecie na pogardę, Szacowni Obywatele, a wasza śmierć nie będzie wyglądała lepiej niż śmierć zarzynanego wieprza. Klienci pani Lovett też nie są niewinni: zainteresowani tylko pasieniem brzuchów, nie spostrzegają do końca, że spożywają ludzkie mięso. Krótki karnawał dwójki buntowników, z których każdy na swój sposób mocuje się z zepsutym systemem, musi zakończyć się klęską. Śmierć poniesie Turpin, ale nie tysiące jemu podobnych. Ciachanie brzytwą golibrody i zachłanne ciułanie piekarki koniec końców niewiele zmieni, bo nie zburzy panującego porządku. Muszą więc zginąć - system zresztą nie będzie się trudził, by odrąbywać podniesione nań ręce. Każde z nich zginie od swojej broni, piekarka skończy w piecu, a golibroda z poderżniętym gardłem.
W tej scenerii żyją i działają Sweeney Todd i pani Lovett. Kto nie znalazł się w wąskiej grupie tłustych mieszczan czy szlachty, ten nie mógł być pewny niczego. Próżno budować ułudę szczęścia osobistego. Próżno próbować wyrwać sie swojemu przeznaczeniu, jakim jest krótkie życie w biedzie i pogardzie. Próżno bronić swojej własności, gdy łapy po nią wyciąga zły sędzia Turpin. W tej sytuacji golibroda sam musi wymierzyć sprawiedliwość lubieżnikowi.
Sweeney Todd jest częścią londyńskiej legendy, podobnie jak Kuba Rozpruwacz. Czy istniał naprawdę - nie wiadomo. Początkowo był tylko seryjnym mordercą, zarzynającym swoje ofiary brzytwą. Ciała ukrywał w katakumbach pobliskiego kościoła, gdzie trafiały prosto z fryzjerskiego fotela z zapadnią. Po pewnym czasie, gdy z podziemiach zaczęło brakować miejsca, porozumiał się z panią Lovett, właścicielką piekarni. Ta sporządzała z ludzkiego mięsa farsz do swoich pasztecików. Oboje stali się bohaterami pierwszych tabloidów, a wkrótce i zagościli w masowej wyobraźni, by w niej pozostać do dzisiaj. Sweeney Todd był bohaterem dziewiętnastowiecznych penny dreadfuls, makabrycznych powieści zeszytowych.
Motyw zemsty dopisano mu dopiero w 1973 roku. Sędzia Turpin skazał go na zesłanie do Australii, by dobrać się do jego ślicznej żony. Gdy żona popełniła samobójstwo, Turpin zaopiekował się jego córką. Po 15 latach golibroda pod nowym nazwiskiem wraca do Londynu...
Akcja filmu Burtona dzieje się gdzieś w drugiej połowie XIX wieku, w "najgorszym z miejsc" jakim jest Londyn. Drapieżne miasto, szara scenografia, nędza niemal groteskowa. Obleśność i okrucieństwo Turpina - jak z najgorszych koszmarów. W tych warunkach pomysł utylizacji ciał jest oczywisty i jawi się nawet jako prywatna walka z systemem. Todd i Lovett załatwiają w ten sposób swoje sprawy. Todd szuka zemsty na wszystkich koszmarnych mieszczanach, a na Turpinie w szczególności. Pani Lovett chce uciec od biedy, znaleźć dla siebie spokojne miejsce w systemie, przenieść się nad morze i wieść niezakłócony codzienną troską żywot mieszczanki.
Oboje są jak wyrzut wiktoriańskiego sumienia. Nie bez przyczyny Sweeney Todd żyje w masowej wyobraźni od 200 lat! Todd i jego energiczna przyjaciółka uosabiają karę za różne mieszczańskie grzeszki, za wszystkie bezeceństwa popełniane na mocy wysokiej pozycji społecznej, tkwiące gdzieś w zbiorowej nieświadomości. Przez krótką chwilę wyrównują rachunki; my wiemy i wy wiecie, że zasługujecie na pogardę, Szacowni Obywatele, a wasza śmierć nie będzie wyglądała lepiej niż śmierć zarzynanego wieprza. Klienci pani Lovett też nie są niewinni: zainteresowani tylko pasieniem brzuchów, nie spostrzegają do końca, że spożywają ludzkie mięso. Krótki karnawał dwójki buntowników, z których każdy na swój sposób mocuje się z zepsutym systemem, musi zakończyć się klęską. Śmierć poniesie Turpin, ale nie tysiące jemu podobnych. Ciachanie brzytwą golibrody i zachłanne ciułanie piekarki koniec końców niewiele zmieni, bo nie zburzy panującego porządku. Muszą więc zginąć - system zresztą nie będzie się trudził, by odrąbywać podniesione nań ręce. Każde z nich zginie od swojej broni, piekarka skończy w piecu, a golibroda z poderżniętym gardłem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)